Zobacz wątek - Wyjazd do Francji przez 8 krajów Europy w 9 dni. 5200 Km.
NAS Analytics TAG

Wyjazd do Francji przez 8 krajów Europy w 9 dni. 5200 Km.

Gdzie warto wybrać się na motocyklu. Którędy? Jakie drogi wybierać, jakie omijać. Co zabrać ze sobą, a co nie przyda się na pewno.
_________

Wyjazd do Francji przez 8 krajów Europy w 9 dni. 5200 Km.

Postprzez bichu51 » 11/9/2012, 17:41

Witam. Podaję link do zdjęć z mojego wyjazdu po Europie. Objeżdzone kraje: Niemcy, Holandia, Belgia, Francja, Włochy, Austria, Węgry, Słowacja.
http://imageshack.us/photo/my-images/805/dscf4361t.jpg/
Mam nadzieję, że da się oglądać te zdjęcia bo pierwszy raz wrzuciłem je na taką stronę.
Pozdrawiam Bichu.
bichu51
Świeżak
 
Posty: 53
Dołączył(a): 9/9/2009, 20:54
Lokalizacja: Kończewice


Postprzez bichu51 » 12/9/2012, 19:51

Witam. Podaję link to filmów z wyjazdu.
http://www.youtube.com/watch?v=_rmDEB3CGy8&feature=plcp
Tylko proszę bez głupich komentarzy na jego temat, bo robiłem to pierwszy raz w życiu. Pozdrawiam.
bichu51
Świeżak
 
Posty: 53
Dołączył(a): 9/9/2009, 20:54
Lokalizacja: Kończewice

Postprzez mirekm71 » 24/9/2012, 00:00

Nie wiele chyba mozna zwiedzic napie@#%jac 140 km/h przez Europe i robiac ponad 500 km dziennie. W/g mnie to troche szkoda tych 3k PLN, ktore wydales na wyjazd i bolu d...y. Ale kazdy ma swoje pojecie turystyki i ja tez lubie jezdzic. Zdjecie otworzylo mi sie jedno- ladne.



Edit
Obejrzalem reszte. Tez ladne :D
Avatar użytkownika
mirekm71
VIP Ścigacz.pl
 
Posty: 1150
Dołączył(a): 7/6/2010, 23:55
Lokalizacja: Brzeg

Postprzez bichu51 » 24/9/2012, 18:39

Nie wiem jak u CB kolego, ale u mnie w pracy nie chcą dać więcej niż 10 dni urlopu to wiesz. Hmm, a co do zwiedzania. Nie lubię miasta. Po północnej Europie chciałem się tylko przejechać, aby zobaczyć jak tam jest. Tylko na kilka godzin zjechałem do Amsterdamu i Paryża. Głównie interesują mnie góry i natura. Chciałem iść do Luwru i pokręcić się do Paryżu, ale na muzea nie mam kasy. Nie wiem czy podróżowałeś na motocyklu, ale uwierz mi stanie w korkach w Paryżu i innych miastach w 40 stopniowym upale to nic miłego i już togo oglądania się odechciewa. Najlepiej wybrać sobie drogę krajobrazową jak Alpy które przejechałem całe ze zachodu na wschód, ale to tylko moje zdanie.
bichu51
Świeżak
 
Posty: 53
Dołączył(a): 9/9/2009, 20:54
Lokalizacja: Kończewice

Postprzez mirekm71 » 24/9/2012, 20:18

Zaden ze mnie turysta. Moze troche wloczega :-) Zgadzam sie, duze miasta sa wszedzie takie same a cala kwintesencja podrozy tkwi na wioskach, gdzie ludzie sa dobrzy i otwarci. Jesli chodzi o Alpy to bylem na Grossglockner i musze przyznac, ze daje rade :-)

Wracajac do nie stac mnie to pojechalem 3 tyg temu na Wawel. Pieprze turystyke w tym kraju i wszechotaczajace zdzierstwo.
Avatar użytkownika
mirekm71
VIP Ścigacz.pl
 
Posty: 1150
Dołączył(a): 7/6/2010, 23:55
Lokalizacja: Brzeg

Postprzez bichu51 » 25/9/2012, 14:21

Fajnie by było posiedzieć kilka dni w Paryżu, Amsterdamie itp, ale gdzie w namiocie :D
Noi i kasa :( Trzeba ją mieć.
bichu51
Świeżak
 
Posty: 53
Dołączył(a): 9/9/2009, 20:54
Lokalizacja: Kończewice

Postprzez mirekm71 » 25/9/2012, 15:17

Tam nie wolno. Musisz byc na polu namiotowym. Dlatego wole wschod bo rozbijam namiot gdzie chce.
Avatar użytkownika
mirekm71
VIP Ścigacz.pl
 
Posty: 1150
Dołączył(a): 7/6/2010, 23:55
Lokalizacja: Brzeg

Postprzez bichu51 » 25/9/2012, 17:34

Niby nie wolno. Byłem już 3 razy za zachodnią granicą i tylko jedną noc w Szwajcari spałem na polu kempingowym. Tak to w lesie, albo pod mostem. Gdzie się dało i nie miałem nigdy problemów :D
bichu51
Świeżak
 
Posty: 53
Dołączył(a): 9/9/2009, 20:54
Lokalizacja: Kończewice

Postprzez bichu51 » 7/2/2013, 21:29

Witam.
Nadchodził kolejny urlop. Co robić?? Jechać gdzieś czy siedzieć w domu?. Jakoś niecały miesiąc przed urlopem decyduję się jadę. Tylko jakaś trasa by się przydała. Hmm jest kilku motocyklowych podróżników w internecie. Poprzegląda się ich zdjęcia i trasy i się coś ułoży. Sam mam w głowie kilka miejsc które chcę zobaczyć. Wiec plan jest taki: ode mnie do Szczecina tam już Niemcy. Autostradami dojechać do Holandi, zjechać do Amsterdamu. Potem znowu autostradami bo są darmowe :D dojechać do granicy z Francją i bocznymi drogami dobić się do Paryża. Później przejechać prawie całą Francję w kierunku południowym w Alpy. Włochy zaliczyć jakieś większe przełęcze górskie. Później przez Austrię, Węgry i Słowację do domu. Dobra to trasa już jest. Tylko jeszcze kilka potrzebnych rzeczy trzeba kupić. Typu namiot, kombinezon przeciw deszczowy, konserwy, itp. Dobra tylko jak to wszystko zabrać na motocykl. Niem mam zbytnio kasy. Mam stary stelaż samoróbkę i kufry które mi zostały od Suzuki GS 500. Jakoś się go poszerzy trochę pospawa i będzie dobrze. Po kilku dniach walki wszystko mam zrobione. Kufry się dobrze trzymają. Mam nadzieję, że to się nie rozleci. Do wyjazdu jeszcze kilka dni chyba dam redę byłem już dwa razy na motocyklu za zachodnią granicą. Nie ma się czego bać ludzie mili, spanie po lasach. Będzie dobrze. Pożyczam jeszcze od kolegi GPS. Dobra w dzień wyjazdu wszystko załaduję na maszynę.


Sobota:
Pierwszy dzień wyjazdu przynajmniej tak myślałem :) Z rana wszystko ładuję na motocykl. Sprawdzam kilka razy czy mam wszystkie klucze i narzędzia które mogą mi się przydać w razie jakiejś niewielkiej awari. Biorę jeszcze trochę drutu i opasek zaciskowych, komplet świec, żarówki, klamkę hamulca, linkę sprzęgła i gazu, klej do metalu i superglue (klej), pompkę paliwa, trochę oleju w razie braków. Dobra ładuję ubrania i jedzenie do kufrów. Namiot, śpiwór, kombinezon przeciw deszczowy i wodę spinam między kuframi na tylnym siedzeniu. Dobra mam wszystko. Hmm jakieś ubezpieczenie by się przydało, ale da się to załatwić dopiero o 18. Dobra w niedzielę pojadę. Wpycham załadowany motocykl pod wiatę. Standardowo przed takim wyjazdem nie mogę zasnąć w nocy, ale w końcu się udaje.


Niedziela, dzień 1:
Ładnie jest i ciepło. Ubieram się. Nie zakładam nawet skarpetek bo ciepło jest i szkoda ich brudzić. Dobra wypycham maszynę. Grzanie silnika i start. Przekraczam most przez Wisłę. Kurde zapomniałem adidasów wziąć. No nie, nie będę się gotować we Włoszech w wojskowych glanach, wracam. Motocykl coś ciężko jedzie. No nie znowu ten przedni hamulec szwankuje i lekko hamuje. W domu diagnoza: klamka hamulca lekko wciska tłoczek od pompki. No nie ma się co dziwić jak mam jakąś od skutera bo nie chciało się na przesyłkę czekać. Dobra przyszlifuje ją lekko i będzie dobrze. Motocykl stoi obładowany koło ulicy. Jeszcze ludzie idą do kościoła i się wszyscy gapią. Dobra zrobione jadę wreszcie. Po kilku Km sprawdzam jak się wszystko trzyma na motocyklu. Dobrze jest na razie nic się nie zarwało. Gdzieś na stacji benzynowej napotykam trzech rosyjskich motocyklistów. Też obładowani tylko dużo mniej. Ukłon głowy z mojej strony oni się odwdzięczają. Deszcz już lekko kropi. Rosjanie ubierają się w przeciw deszczówki. Ja myślę szkoda czasu bo dalej widać jasne niebo zaraz przejdzie. Szkoda czasu na ubieranie i rozbieranie. Jadę dalej. Po chwili deszcz przestaje padać. Gdzieś dalej zatrzymuję się w lesie coś zjeść. Grzeję wodę na zupkę Chińską. Patrzę na drogę znajomi Rosjanie jadą. Zagapiłem się zupka się wylewa. Dobra robię drugą. Jadę dalej. Koło jakiejś restauracji widać parkujących Rosjanów. No i kto jest szybszy? :) Gdzieś przed Szczecinem ostatnie tankowanie w Polsce. W Kołbaskowie zajeżdzam na stację benzynową na chwilę przerwy. Byłem tam dwa lata temu jak jechałem na GS 500 do Berlina. Stoję na parkingu z dali słychać hallo hallo. Jacyś Niemcy ciągną mercedesem malucha na holu. Maluch jakiś pogięty, krzywe koła, że ich policja nie zatrzymała. Dobra pora na Niemcy. Jeszcze przed granicą skręcam w złą drogę. Dobra wracam kilka Km i jestem już na pięknych autobanach w Niemczech. Niemcy jak to Niemcy szybkie drogi to i czas szybko leci. Dość szybko jadę czasami nawet 180, ale trach tyle bo pogubię wszystko z tyłu. Postój na parkingu. Niemcy mają klasę. Wygodne ławeczki, stoliki, toalety, bieżąca woda. Jem konserwę. Jakaś osobówka podjeżdza koło mnie. Na przyczepce piękne Suzuki GSX. Wysiada kobieta. Hmm łada jak na Niemkę :P Coś tam do mnie mówi po Niemiecku. A ja odpowiadam nie znam niemieckiego. Ok kobieta odchodzi. Wyciąga baniak z bagażnika. Podchodzi z baniakiem i pokazuję aby jej odkręcić. Czemu nie, na szczęście nie było mocno przykręcone. Jak bym nie odkręcił to by było trochę głupio. Kobieta z uśmiecham wlewa paliwo do samochodu. Wsiada do samochodu z uśmiechem macha i odejeżdza. Ja się odwdzięczam tym samym :) Myślę sobie, szkoda, że Niemieckiego nie znam. Może tu są jakieś normalne kobiety. Dobra czas lecieć dalej. Przed zmierzchem szukam jakiejś miejscówki do spania. Trzeba zjechać z autostrady na boczne drogi i się coś znajdzie. Są jakieś boczne drogi. Widać jakich zakład rolny. Dalej jest jakaś polna droga. Chyba rzadko ktoś tu jeździ bo zarośnięta trawą. Jadę powoli. Zatrzymuję się koło jakiegoś lasku. Gaszę silnik. Idę się kawałek rozejrzeć co jest dalej. Wszędzie pustka. Tylko widać co raz jakieś tiry wjeżdzają i wyjeżdzają z ogromnej hali nie daleko, ale oni mi nie straszni. Obracam motocykl, aby z rana zaspany go nie przewrócić. Jestem jakieś 100 km od Hamburga. Rozkładam namiot, nastawiam budzik na 4:00 i idę spać.


Dzień 2.
Wstaję parę minut po 4. Zimno z rana. Wilgoć i rosa wszędzie. Składam wszystko na motocykl. Ubieram skórzane spodnie i pod kurtkę bluzę z kapturem. Grzanie silnika i start. Powoli wyjeżdzam z polnej drogi do ulicy. Kieruję się na autostradę w kierunku Hamburga. Strasznie zimno z rana, ale na autostradzie o 5:00 jest już dużo samochodów. Gdy czuję pierwsze ciepło słonecznych promieni zatrzymuję się na parkingu obok autostrady aby coś zjeść. Gorąca kawa, zupka Chińska i konserwa. Jeszcze chwila siedzenia i jadę dalej. Zakładam aparat na szyję. Jedną ręką trzymam kierownicę, a drugą aparat z włączoną kamerą i nagrywam niemieckie autostrady podczas jazdy. Gdzieś tam za bardzo się rozpędziłem i gubię dwie butelki wody, które miałem spięte z tyłu. Kieruję się na Groningen to już Holandia. W Niemczech zaraz przed Holandią przejeżdzam przez tunel. W Holandi zatrzymuję się przed tablicą informacyjną, że już jest się w Holandi. Robię parę zdjęć i ruszam. Pierwszy start w Holandi lekko na jednym kole :D Zaraz na początku Holandi zjeżdzam na stację benzynową. Bak do pełna i biorę jeszcze butelkę wody. Co tak drogo? Aha 1,5 l wody 8 Euro, ale informacji nie było, że tyle kosztuje. Dobra olać to jadę dalej. Coś hamulec słabo hamuję. Klamka dochodzi do manetki i dopiero czuć, że jest ciśnienie. Gdzieś dalej staję na stacji na parkingu. Myślę, klamka jest za mocno pod szlifowana i za słabo wciska tłoczek od pompy hamulca. Dobra mam klej do metalu. Trochę tam podkleję i będzie dobrze. Nim klej wyschnie trzeba coś zjeść. Piękna pogoda jest słońce świeci. Siedzę na ławce i odpoczywam. Po jakimś czasie zakładam klamkę hamulce. Wygląda, że jest dobrze. Ok składam wszystko i jadę. Kieruję się na słynną Holenderską groblę. Przed wjazdem na groblę skręcam w prawo. Droga idzie ku górze. Po zatrzymaniu wrażenie niesamowite. Pełno mew nad głową. Na wprost widać wjazd na groblę i z jednej strony morze, a z drugiej ogromne jezioro. Myślę sobie: miło po takim czasie spoglądania na mapę i myślenia jak tam jest zobaczyć to na żywo. Kręcę się chwilę i robię fotki. jakiś samochód podjeżdza. Kobieta i facet. Chyba chodzi ima aby zrobić im fotkę. Dobra robię. macham ręką na pożegnanie. Dobra pora wjechać na groblę. Aparat do ręki i nagrywam wszystko. Wrażenie niesamowite z jednej strony morze, a z drugiej ogromny wał. 32 km prosto jak po sznurku. Po wyjeździe jadę w boczne drogi aby trochę zobaczyć. To był błąd Holandia jest mała miasto obok miasteczka jeżą nie daleko. Kilka KM prostej drogi i zaraz jakieś miasteczko światła i pocenie się w kurtce. Nie jadę na autostradę zjadę tylko do Amsterdamu. Tyle z tych miast było dobre bo znalazłem Lidla po drodze. Wjeżdżam do Amsterdamu. jestem na jakiś przedmieściach. Zatrzymuję się. Rozglądam się. Ludzie zbytnio nie wyglądają na przyjaznych. Jakiś czarny siedzi koło domu i mnie woła: kom, kom. Dobra idę chyba mnie nie okradną. Mówi kokaina. Ja dziękuję. Drugi robi nam pamiątkową fotkę. Uścisk dłoni na odejście. Kręcę się chwilę w koło. Fajnie tu bez kasków śmigają, a w Coffieszhopach palą zioło. Jadę bardziej do centrum. Chwila kręcenia się. Dobra trzeba się zwijać bo za niedługo ciemno będzie. Na autostradę w kierunku Belgi. Znowu coś ten hamulec cienki. Wystarczająco niby hamuje. Spróbuję jeszcze minimalnie pod klecić klamkę. Zrobione, jadę dalej. Po kilku dziesięciu KM uczuję, że lekko zaczyna samo hamować. Gdzie stanąć na autostradzie?? I jeszcze tunel przede mną. W tunelu muszę się zatrzymać bo klocki się spalą, aż dym idzie. Samochody mkną pewnie ponad 100 na godzinę. w tunelu straszny huk. Jeszcze mnie walnie jakiś. Szubko klucz 13 wykręcam klamkę hamulca. Szlifuję klej na asfalcie. Szybko skręcam ręką śrubkę. Jadę dalej. Na stacji próbuję to jeszcze raz zrobić. Daję tylko trochę kleju, aby nie wciskało tłoczka od pompki hamulcowej. Ciemno już jest. Gdzieś koło 23. Coś do spania trzeba znaleźć. Szukam na GPS jakieś boczne drogi. Dobra jadę. Jakaś boczna droga idzie koło autostrady. Tylko na dole. Autostrada jest wyżej na takim jak by to powiedzieć wale. Jest droga w prawo i prosto. Idę się przejść zobaczę gdzie lepiej. na w prost jest lepiej bo pod mostem. Widać, że zbytnio tam nic nie jeździ, ale jest szlaban bo tory. Nie jadę tam lepiej bo może się już zamknie i nie otworzy. W prawo są pola i nie daleko widać jakąś chyba fabrykę. Jest wjazd w pole kukurydzy. Zjeżdżam na bok i stawiam stabilnie motocykl. Rozkładam namiot. Myślę sobie tu na pewno będzie jeździć. Ludzi nie ma się co bać. Gorzej jak policja czy coś podobnego. Dobra olać. Kładę się spać. Nastawiam budzik na 5:00. Jakiś samochód przejechał. Idę spać.

Dzień3.
Budzę się słychać jakieś samochody przejeżdżające obok mnie. Dobra wychodzę. Standardowo atak ślimaków i rosy. Składam wszystko i na drogę. Po chwili jestem już w Belgi. Straszny korek na autostradzie. Pierwsze gorące promienie słoneczne zaczynają dokuczać. Włączam wentylator Chłodnicy, bo prawie 100 stopni jest. Nie chce ryzykować, że klejona klejem do metalu chłodnica wybuchnie i czekać aż sam się włączy przy 105 stopniach. W Belgi pełna kultura nawet w korkach robią miejsce aby się motocykle przecisnęły. Mi też zjeżdżają. Mam szeroko kufry rozstawione. Boję się, że gdzieś przychaczę, ale jakoś się przeciskam. Zjeżdżam na ogromny parking dla tirów, aby coś zjeść. Nawet tir na polskich blachach jest. Kierowca chyba śpi bo wszystko po zasłaniane. Nie będę mu walić do drzwi. Rozkładam się na ławeczce jem i chwila siedzenia i ruszam na drogę. Belgia strasznie mała jest. Jeszcze w Belgi, ale przed Francją zjeżdżam w boczne drogi bo we Francji autostrady są płatne. Ostatnia miejscowość w Belgi. Jest i Lidl to zakupy. Przed kolejką do kasy kupa nieznajomego języka. jestem w belgi, a ekspedientka przy kasie mówi chyba po Francusku. Z resztą nie wiem co to za języki. Dobra. Bonjur. daję to co mam i płacę. Wkładam wszystko to kufrów. Jakiś ciekawski się znalazł. Ogląda maszynę. Coś tam mówi. Ja z uśmiechem do niego: chłopie i tak się nie dogadamy. Gość zrozumiał. teraz pokazuję coś rękami:) Z jego gestykulacji wychodzi, że chce się dowiedzieć czy motocykla nie rzuca z kuframi i bagażem w zakrętach. Kiwam głową, że nie. Wymiana machnięć rękoma gość odchodzi. Dobra czas na Francję. Dobrych kilka set metrów prosto i w lewo i już Francja. To teraz bocznymi drogami na Paryż. GPSem nie ma się co sugerować. Kieruję się drogowskazami. Gdzieś dalej robię sobię przerwę cieniu. Jakaś osobówka trąbi i machają co jest?? Aaaa Krakowskie tablice. Beka. Dobra jadę dalej. Przedmieścia Paryża ruch jeszcze nie wielki. W GPS wpisuję ulicę gdzie stoi wieża Eiffla. Zapuściłem już się dość w Paryż wentylator od chłodnicy cały czas włączony. Temperatura 105-110 stopni. Boję się, że klejona chłodnica wybuchnie. Żeby w Paryżu się jeszcze jechało to by się przechłodziło, a tu co 50 metrów i światła. Ruch straszliwy. Byłem kiedyś w Berlinie, myślałem, że tam jest dużo samochodów. Berlin do Paryża to jak mała wioska do Warszawy. Kilometrowe korki, ludzie nerwowi, gorąc się leje z nieba. Wszyscy ruszają ze świateł z piskiem opon aby jak najwięcej samochodów przejechało i jeszcze ci skuterowcy i motocykliści pchają się z każdej strony. Boję się jechać dalej. Tu jest taki tłok, że chyba jazda ścigaczem na krawędzi jest bezpieczniejsza. Z każdej strony czycha niebezpieczeństwo. Zatrzymuję się na chwilę, aby ochłonąć. Patrzę na GPS gdzie ta wierza jadę chyba ponad godzinę w korkach i nic nie widać. No no jeszcze daaaaaleeeeekooooo :D Dobra cisnę dalej po chyba następnej godzinie w korkach wyjeżdżam na rondo a w środku łuk triumfalny. Rondo chyba a 8 pasów. W koło bruk i nie ma pasów namalowanych. jak tu jechać? Zaraz jakiś samochód we mnie wjedzie. Śmierć w oczach :D Niby w prawo trzeba skręcić. Rondo ogromne jak samolot, a dróżki jak nitki ledwo je widać. Wyjeżdżam z ronda. Staję niedaleko łuku, aby porobić foty i jakieś filmiki nagrać. Po chwili głos: pan jest z Malborka? :) No nie polak. Chwilowa gadka z gościem. Mówi, że pracuje w Paryżu i nawet kiedyś miał praktyki na mojej wiosce :) Swiat jest mały :) Mówi, że pod wierzę trzeba na rondzie w lewo. Dziwne. No się chyba lepiej zna. Jeszcze chwila pogadanki. Pożegnanie i jadę na lewo. Po jakimś czasie widać szczyt wierzy. Dobra dalej pojadę według GPSa. Zajeżdżam na jakąś zatoczkę dla autobusów. Chyba najlepszy widok do wieży. Widok niesamowity. Miło wreszcie zobaczyć to na żywo. Robię foty. Hmm jakaś ze mną i maszyną by się przydała. Samowyzwalaczem nie da rady. Trzeba kogoś poprosić. Kręci się kilka metrów ode mnie jakiś czarno skóry i robi fotki. pokazuje mu na migi, że ma zrobić mi zdjęcie. OK robi kilka. Pokazuje mu rękoma, aby wziął aparat do samego asfaltu i zrobił tak aby mnie było widać i całą wierzę. Nie da rady wieża za wysoka :D Ok Fenks You mówię. Gość oddala się kawałek dalej. Przeglądam foty Ze mną i wieżą są ok, ale jak siedzę na motocyklu to zrobił foty na bok, że wieży nie widać. Myślę sobie: Chłopie tylko po to się parzyłem w tych korkach aby mieć zdjęcie mnie na motocykli i wieżę Eiffla. Podchodzę jeszcze raz do niego. Exkiuzmi. Pokazuję mu rękoma jak ma mi zrobić zdjęcie. No teraz ok :) Teraz zamiana. Ja robię mu zdjęcia jego telefonem. Wszyscy zadowoleni :) Chwila kręcenia się pod wieżą i powolny odjazd. Siadam na maszynę odpalam silnik i jakiś czas patrzę jeszcze na wierzę. Dobra odjazd. Teraz trzeba się jakoś wydostać z tego zatłoczonego miasta bo już 18 i do spania trzeba jeszcze coś znaleźć. Na jakiś światłach zagaduje do mnie jakiś skuterowiec, ale nie pięćdziesiątka. Tylko jakaś większa maszyna. Poznał, że jestem z Polski :) Heh pospolity francuz wie co to polska :D Pyta gdzie dalej jadę. Ja Millau. Niestety czerwone światło jest za krótkie na rozmowę na migi i trochę po angielsku. Każdy odjeżdża w swoją stronę. Na jakiś światłach widzę jakiegoś starego citroena. Maska otwarta, kupa dymu i oleju na ulicy. Silnik się pewnie przegrzał w tych korkach i tym nieziemskim upale. Trochę się wystraszyłem. Oby mnie to nie czekało. Gdzieś w Paryżu zjeżdzam jeszczę na stację nabrać paliwa. Przebijam się w korkach z dwie godziny. Im dalej od centrum tym ruch mniejszy. W końcu się udało. Wreszcie można nabrać prędkości, aby silnik się schłodził. Jadę jakąś główniejszą drogą przez las. Trzeba znaleźć coś do spania. Skręcam w boczniejszą drogę. Robię sobie kolację. Powoli zaczyna się ściemniać. Dobra pora aby wjechać do lasu. Hmm Jakiś gość szaleje na quadzie na dwóch kołach w te i z powrotem. Oglądam widowisko. Dobra pojechał. Jest jakaś ścieżka w las. Jadę na bezpieczną odległość. Rozkładam namiot idę spać. Nastawiam chyba budzik na 6 chyba.

Dzień 4.
Wstaję składam wszystko. Powoli wyjeżdżam z lasu. Gdzieś staję i lukam na mapę jak jechać. Nie ma co trzeba kierować się na południe i przejechać prawie całą Francję aby dojechać pod wiadukt Millau. To lecim :D Francja jest strasznie podobna do Polski. Drogi i w ogóle krajobrazy. Tylko na polach sama kukurydza. Praktycznie wszyscy motocykliści jeżdżą w koszulkach i spodenkach. Nie boją się? Przy upadku asfalt zetrze ich do kości. Raz się żyję nie będę się pocić. Jadę w samej koszulce, spodniach dresowych i w adidasach bez skarpetek. W miasteczkach na wilkich szybach sklepów śmiesznie to wygląda. Wielki motocyklista bez skarpetek i białe stopy na wierzchu :D Gdzieś tam zatrzymuję się w cieniu drzew na chwilową przerwę. Oglądam zdjęcia klęcząc przy motocyklu. jakiś motocyklista już z daleka macha mi ręką. Miło:) Po chwili słyszę obok siebie jakiś motocykl. Francuz zawrócił. Honda Transalp pyrkocze miło. Chwilę gada coś po Francuzku. Po chwili yyy Do you Hew a problem?? Ja no no thanks z uśmiechem :) Ok Francuz śmiga dalej. I ja jadę dalej. Powoli zaczynają się góry. Co prawda jeszcze małe, ale już czuć ogrom Alp. Zatrzymuję się aby zrobić fotkę. Przednie koło zjeżdża z asfaltu. No i bum maszyna leży na asfalcie. No już go trzymałem, ale za ciężki z tymi kuframi musiałem go puścić. Dobra po kilku podejściach go podnoszę. No nie kierunek się złamał i kawałek stopki zmiany biegów. Dobra zbieram wszystko. jakoś się to po składa. Jadę w bezpieczniejsze miejsce i w cień bo upał taki, że asfalt pływa. Jest i dobra miejscówa. Kurdę nie mam szkiełka od kierunku gdzieś tam zostało. Wracam. Po jakimś czasie znajduję na na środku ulicy. Całe jest nikt go nie przejechał :) Dobra wracam z powrotem do mojej miejscówki. Mam kleje to się zrobi. Do żarówki przyklejam kabelki. Dobra działa. Delikatnie to mątuje aby nie po urywać kabli. Stopkę spróbuję skleić klejem do metalu. Dobra czekam aż klej stwardnieje. i znowu pomoc na horyzoncie się pojawia. Francuzi na Kawasaki ZX7r. Chłopak i dziewczyna. Znają tylko Francuzki na Angielski nic nie reagują. Pokazuję im kciukiem i mówię ok :) Dobra chwilę się pokręcili popatrzeli i pojechali. Po jakimś czasie jadę i ja. Czuję, że ta klejona stopka nie wytrzyma długo. No i po chwili się urywa i ucieka w las. Dobra na razie da się tak biegi zmieniać. Nie no buty sobie podziurawię od zmiany biegów i noga już boli. Trzeba coś z tym zrobić. Staję gdzieś na jakimś parkingu. Upał straszny się leje. Myślę sobie mam zapasową klamkę hamulca przyczepię ją na opaski i będzie dobrze. Tak więc robię. No teraz to można biegi zmieniać. Do Millau zosatało jakieś 100 km. Ciemno się zaczyna robić trzeba znaleźć coś do spania. Wjeżdżam do jakiegoś miasta. Żandarmi jadą cały czas za mną. Gdzie ja skręcam tam i oni. No nie zaraz pewnie mnie zatrzymają i się czepią czegoś. Po czasie jednak pojechali w inną stronę. Dobra jest jakaś droga w pole. Można rozbić namiot. Kilka set metrów dalej jakiś dom. Obok mnie krowy na polu. Wyją i patrzą się na mnie. Zaraz tu pewnie ktoś przyleci. Dobra olać. Rozkładam namiot. Nastawiam budzik jakoś chyba na 6. Idę spać.

Dzień5.
Wstaję. Składam wszystko. Grzanie silnika i start pod wiadukt. Wczesnym rankiem jestem w miejscowości Millau. ŁAdne miasteczko. Tylko gdzie ten wiadukt. Przed Millau dobrze go było widać. Patrzę na GPS i kieruję się przy rzece Tarn. Wiadukt przechodzi przez rzekę. PO jakimś czasie jestem pod wiaduktem. Ogrom tej budowli nadaje sens całej wyprawie. Tiry na wiadukcie z dołu wyglądają jak paczka zapałek. Nie ma się co dziwić większy jest od wierzy Eiffla. Chwila kręcenia i fotek. Dobra jadę na wschód w kierunku Włoch. Wreszcie zaczęły się wielkie góry. Jadę jakimiś bocznymi drogami. Same serpentyny. Asfalt pływa od gorąca. No to wysypali na drogę pełno kamyczków. Staram się tylko hamować silnikiem i minimalnie wychylać w zakrętach aby się nie śliznąć. No i tak mija pól dnia same zakręty w lewo i prawo. Do góry i na doł. Pierwszy, drugi i trzeci bieg. Nie no dość mam już tego. W ogóle na tych drogach pustka jak na pustyni. W zasięgu kliku km żywej duszy nie widać, żadnego domu, nic. Wreszcie trafiam do jakiegoś miasta. Tankowanie. Po wyjeździe ze stacji widzę jakiś fajny motor, chromy się błyszczą. Jadę dalej przez góry. Tylko już słabsze zakręty i tunel za tunelem. Zatrzymuję się. Widzę motocykl który widziałem obok stacji. Mija mnie. Osz kur... Jawa 350 TS :) Te kufry mnie zmyliły i na początku jej nie poznałem. Nie myślałem, że spotkam Jawę w Francji. Miło :) Strasznie gorąco jest. Czuć gorące powiewy wiatru. Kieruję się na miejscowość Grenoble. Powoli zaczynam szukać miejsca do spania. Kręcę cię po jakiś polach tylko wszystko ogrodzone. Po czasie jest jakaś kamienna droga. Niedaleko są domy. Dobra nic mi nie zrobią chyba. wszędzie ogromna trawa, ale da się radę. Rozkładam namiot. Przechodzi jakaś rodzina kłaniają się i uśmiechają. będzie tu dobrze. Po chwili jedzie jakiś chłop terenówką. Chyba właściciel gospodarstwa obok którego rozbiłem namiot. Może tu gdzie jestem to też jego teren. Kiwa głową i oddala się. Rozkładam wszystko do końca. Nastawiam budzik i idę spać.


Dzień6.
Wstaję. Standardowo atak ślimaków, zimnicy i wilgoci. Skrępowane ruchy. Uszy już mnie strasznie bolą od ściągania i zakładania kasku. Składam wszystko. Grzanie silnika. Bardzo powoli wyjeżdzam z trawy, aby się nie wywrócić. Wyjeżdzam na drogę. Jakiś obładowany kolaż mi macha, odwdzięczam mu się. Miło. W końcu podobne pojazdy heh :D Trafiam na jakieś szybsze drogi tylko tunel za tunelem i wiadukty. Gdzieś za mną pojawia się Lancia Integrale. Pokazywali ją kiedyś w Fanach 4 kółek. Zwalniam trochę niech mnie wyprzedzi to sobie ja zobaczę. Kierowca jakiś cienki też zwolnił. Dobra daję gazu Lancia zostaje z tyłu. Kieruję się na przełęcz Św Bernarda. Trzeba skręcić w boczne drogi. Znowu zakręty w lewo i prawo. Cały czas do góry. Bardzo ostre zakręty ledwo wyrabiam. Dobrze, że pogoda jest ładna. Dojeżdzam na szczyt. Jak zwykle pełno Niemców na BMW. Widać stare przejście graniczne do Włoch. Kilkadziesiąt metrów dalej już Włochy. Chwila kręcenia po szczycie. Jadę na dół. Niedaleko jest stacja. Tankuję do pełna. Jedyne co sprzedawca mówi to ciao jak oddaje mi resztę :D Jadę jakimiś szybszymi drogami. Deszcz zaczyna lać. Po dłuższej jeździe szukam jakiegoś suchego miejsca. Jest tunel w jakieś pola. Jadę tam. Nawet bale sina są w tunelu. Grzebię jeszcze przy przednim hamulcu. Mało płynu jest. Myślę nie będę dawać na stacji 10 euro za płyn czy więcej. Hamulca z tyłu się nie używa. Przelewam płyn do przedniego hamulca. Dobra działa. Deszcz nadal pada. Jedzie jakiś gość z chłopaczkiem terenówką. Zatrzymuje sie i coś gada. Ja panie ja i tam nie znam Włoskiego. Gość dziwna mina. Chwila namysłu, a no italiano? Yes no italiano. Gość: ok ciao. Oddala się. Przestało padać jadę dalej. Po chwili znowu pada. powoli robi się późno. Jeżdzę po górach do góry i w dół. Jest jakaś boczna droga w górach (polna). Wszędzie mokro no lało. Na drodze jest pełno kamieni to można jechać spokojnie. Widać, że tam jakiś drewniany dom stawiają. Jadę kawałek dalej. Dobra miejscówka jest. Mam nadzieję, że mnie rano robotnicy nie obudzą. Rozkładam wszystko i idę spać.

Dzień 7.
Pakuję się, grzeję silnik i startuję. Zaczyna słońce wychodzić i robi się piękna pogoda. W południe jadę Przez piękne Włoskie miasteczka i nie opodal drogi jest ogromne jezioro. Como czy jakoś :) W koło niego piękne góry. Nagrywam filmy i robię co chwilę postoje aby podziwiać widoki. Włochy to najpiękniejszy kraj z wszystkich krajów w Europie w których byłem. Kieruję się n a przełęcz Givo. Standardowo kupa zakrętów. Prędzej byłem w jakimś markecie i kupiłem jakieś dziwne zupki. Zagrzałem sobie jedną. Chciałem ją na siłę zjeść, ale nie mogłem była taka nie dobra. Wylewam ją. Po chwili zjawia się dwóch Słowaków na jakiś jedno cylindrowcach odpalanych z kopnika. Toś tam do mnie gadają. Dobra pośmieli się palą maszyny i jadą dalej. No i ja po chwili. Deszcz zaczyna padać no i zimno jest jak to na szczytach gór. Sciągam dresy i zakładam kurtkę skórzaną i spodnie. Dojeżdzam na szczyt. Jestem ti już drugi raz. Dwa lata temu byłem tu na GS 500. Tylko, że teraz już nie ma śniegu :) Deszcz raz pada, raz nie. Dobra kieruję się w stronę Austri. Wyjechałem na jakieś bardziej proste drogi bez zakrętów. To tu rzadkość :D GPS prowadzi mnie na autostradę co jest? Przecież mam zaznaczone aby omijał drogi płatne i autostrady. Zjechałem już kawałek na dól w kierunku autostrady. Wypycham maszynę te kilka metrów tyłem pod górkę. Jadę według mapy na razie, a chory GPS nadal mi każe jechać autostradą. Zatrzymuję się na jakimś parkingu ze szlaki. Jakaś dyskoteka chyba bo słychać muzykę i ludzie się przed drzwiami ustawiają. Chyba po 20 było. Patrzę na mapę. Z lokalu wychodzi jakiś gość w gajerku. Wsiada do samochodu. Pcham motor na bok trochę aby przejechał. Coś tam mówi z uśmiechem. Podjeżdza koło mnie. Patrzy na motor. Mówi KAWASAKI. Wychodzi z samochodu i ogląda maszynę. Coś chce mi powiedzieć, ale nie może się za mną zbytnio porozumieć. Bierze mapę i coś mówi Tichy. Pokazuję mu Tychy na mapie. Mówi, że w Polsce ma rodzinę i dobre piwo jest w Polsce. pokazuje mi na Mapie do jakich miejscowości jedzie do Polski. Pyta gdzie mieszkam. Pokazuję na mapie i pokazuję mu moją trasę po Europie. Jeszcze chwila rozmowy na migi i gość mówi swoje CIEŚĆ i odjeżdza. Ja szukam czegoś do spania bo późno już. Nic nie ma same miasta i miasteczka. Po chwili widzę jakąś drogę przez krzaki pod most. Zawracam. Wchodzę za krzaki aby zobaczyć czy tam się da wjechać i potem zawrócić. Trochę błota jest, ale da redę. Wjeżdzam, obracam motor. Rozkładam namiot kładę się do łóżka. Ciemno już jest. Straszne błyskawice walą i na ty moście strasznie chuczy, ale fajnie jest. No i deszcz pada. Zasypiam.

Dzień 8.

Składam wszystko. Grzeję silnik i jadę do Austri. Jakoś późnym rankiem jestem pod zadaszonym starym przejściem granicznym do Austri. Byłem tu dwa lata temu. Robię zupkę chińską i oglądam chmary obładowanych motocykli jeżdzących w tą i z powrotem. Dobra teraz trzeba kierować się w stronę Węgier. Austria ma piękne góry, ale jadę szybszymi drogami bo już trochę jeździłem po Austri dwa lata temu. Gdzieś w jakimś mieście podczas ruszania ze świateł znowu przewraca mi się motocykl na torach tramwajowych. . No nie od takich numerów można się zestarzeć :D Żaden kierowca jakoś nie chce pomóc. Z trudem podnoszę obładowany motocykl. Kierunek się znowu złamał ten sam :D Już się śmieję z tego. Dobra na jakimś poboczu naprawiam wszystko. Gdzieś po południu jestem na węgrzech. Prędzej zatankowałem do pełna i nabrałem 5 l paliwa w butlę po wodzie. Na Węgrzech widoki podobne do Polskich. Znajome ciągniki na polach co raz jakieś Simsony śmigają :) Gdzieś dalej widzę gościa szalejącego na MZ 251 koło drogi. Macha mi, miło :) Zjeżdzam gdzieś w pola, aby odpocząć. Jest ławeczka. Słońce strasznie grzeje. Jest jakiś automat do wody. Co raz jacyś ludzie samochodami podjeżdzają i wodę nabierają. Tylko naj pierw jakąś kartę przykładają. Każdy się chyba pyta czy chcę wodę. Kiwam, że nie. Podjeżdza jakaś rodzina jakiś Węgier cały czas do mnie gada, ale ja go i tak nie rozumiem, ani słowa. Pojechali i jeszcze macha ręką przez szybę :D Dobra trzeba jechać w kierunku Słowacji. Ostatnie miasto na Węgrzech przed Słowacją to bodajże Komarom. Przejeżdza się przez stalowy most i już Słowacja, a pierwsze miasto w Słowacji to Komarno. Podobne nazwy :D Zaraz staję na parkingu. kierowca taxówki mówi, że to postój taksówek. Jak widzę, że dla taxi jest linia kilka cm dalej. Ubieram się i chcę odjechać. Baran stanął blisko tą taryfą, że wyjechać nie mogę. Krzyczę ze złości Kur... Mać. Chwila gość cofa :D Dobra jadę gdzieś niedaleko będzie Lidl w którym byłem dwa lata temu. W Lidlu na wejście przy kasie Dobry deń, daję produkty i da swidania :D Na Słowacji odkryłem super szybkie drogi. Kilometry lecą szybko. Przed zmrokiem zaczęły się góry znowu. Do góry, na dół, w lewo i prawo. Szukam czegoś do spania. Nic nie ma same góry. jest jakaś droga do jakiś domków. Rozkładam namiot na parkingu. Widzę za daleka, że pies mnie obserwóje. Chyba tu nie przyjdzie w nocy? Dobra idę spać jutro Polska :)

Dzień 9.

Wstaję. Składam wszystko. Górskimi zakrętami jakoś wczesnym rankiem dobijam się do Polski. W Korbielowie przekraczam granicę. W kantorze wymieniam Euro na zł. gdzieś na śląsku spotykam jakiś, że tak powiem alkoholików pod sklepem. Trochę się pośmiałem. Dałem im jak to oni mówią pińciok na piwo :D Kieruję się na Łódź aby odwiedzić miłą znajomą :) Kazała przyjechać pod centrum handlowe co się nazywa Port Łódź. Na płudniu Polski są ładne expresówki w kilka godzin docieram pod centrum Handlowe. Po chwili jest i ona :) W końcu można normalnie po Polsku porozmawiać :) Szkoda, że całe ręce miałem do smarów i w ogóle nie ogarnięty :D Z ledwością zjadłem pizzę. Strasznie mi się żołądek skurczył. Czas miło zleciał na rozmowie :) Naładowało mnie to pozytywną energią, ale rozstania nadszedł czas niestety... Pożegnanie, odpalam maszynę i jadę a północ. Jeszcze w Łodzi chwilowa rozmowa na światłach z jakąś małolatą z osobówki. Do kąd jadę itp:) Zielone jadę nara :D Troszkę poszalałem na jednym kole. Dalej już nic ciekawego się nie dzieję. Gdzieś o 1 w nocy ostro pada deszcz. mam ze 20 km do domu nie będę się przebierać i tak już zmarźnięty jestem. Tylko przekroczyć most przez Wisłę i Kończewice DOM :))) Otwieram bramę na podwórko, deszcz pada. Wjeźdzam maszyną pod wiatę. Tym razem przodem i tak zatoczyło się koło :) Na podwórku się trochę zmieniło, a nie było mni tylko 9 dni :) Idę do domu wreszcie do ciepłego łóżka spać i w głowie mam myśli, że jeszcze będę tęsknić za mokrym namiotem gdzieś w lesie, pod mostem czy na górze w Europie i za wolnością na motocyklu...

Podsumowanie.

Na wyjazd wydałem jakieś 2000 zł nie licząc części do maszyny ubioru i tp. Europa po raz kolejny okazała się miła i przyjazna dla mnie :) Po drodze spotykałem miłych i chętnych do pomocy ludzi. Byłem trochę lepiej przygotowany niż w poprzedniej wyprawie. Chodz przydały by się okulary przeciwsłoneczne. Motocykl dobrze się spisał. miałem dużo szczęścia, że klejona chłodnica nie wybuchła :D Znowu przepraszam za błędy ortograficzne :D Ten opis dedykuję wszystkim motocyklowym podróżnikom :) Pozdrawiam Bichu...

P.S Opis może być trochę pomylony dniami i wydarzeniami bo minęło trochę czasu i nie wszystko zostało w głowie :D
bichu51
Świeżak
 
Posty: 53
Dołączył(a): 9/9/2009, 20:54
Lokalizacja: Kończewice



Powrót do Turystyka motocyklowa



Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości




na gr
cron