Zobacz wątek - Relacja z wyprawy skuterowej do południowo-wschodniej Turcji
NAS Analytics TAG

Relacja z wyprawy skuterowej do południowo-wschodniej Turcji

Gdzie warto wybrać się na motocyklu. Którędy? Jakie drogi wybierać, jakie omijać. Co zabrać ze sobą, a co nie przyda się na pewno.
_________

Relacja z wyprawy skuterowej do południowo-wschodniej Turcji

Postprzez klanger » 6/1/2010, 13:24

Jako, że za oknami zimno zapraszam do zapoznania się z dziennikiem z wyjazdu do Turcji. Kraj ten odwiedziliśmy w minionym sezonie na skuterze Yamaha Majesty 250.

Poniższą relację oraz wcześniejsze można przeczytać na naszej stronie www.globmoter.pl ... dalsze części zamieszczę również poniżej.
Mam nadzieję, że tekst stanie się dla wielu inspiracją do realizacji marzeń o dalekiej i egzotycznej wyprawie... Miłej lektury!
Z pozdrowieniami klanger - niezależna grupa skuterowa SKUT (www.skut.info).

Ponieważ to mój pierwszy post tutaj... witam wszystkich serdecznie!

Poznań - Pozostało 48h do godziny zero.

Skuter odebrany kilka dni wcześniej od mechanika – wykonana kosmetyka gniazd zaworów i ogólnie głowicy, by Majesta nie chlała tak oleju. Okazuje się, że fachowcy w Polsce, są jak cały ten kraj - do dupy - i motocykl, z każdym kolejnym przejechanym kilometrem odkrywa dalsze niedoróbki mechanika, jednego z lepszych specjalistów od skuterów w Poznaniu!
Sprawa rozpoczęła się od tego, że plastiki z lewej tylnej strony skuta były totalnie źle złożone - to Pan Fachowiec naprawił od ręki, choć paliło mu się mocno na wyjazd weekendowy.
Po dotarciu do Stacji Kontroli Pojazdów celem uzyskania stempla, iż nasza Yamaha Majesty 250 nadaje się do ruchu po drogach, okazało się, że nie mam klaksonu! Jak ja mam - $%#@! - jechać do Azji na sprzęcie bez klaksonu!
Po mojej obietnicy, iż jeszcze dziś naprawię to ustrojstwo i zapewnieniu, że skut właśnie wyjechał od mechanika, i że to ON coś popierniczył z elektryką, dostałem uprawniony stempelek i ruszyłem do domu.

Poznań - Pozostało 24h do godziny zero.
Brak klaksonu to mały pikuś!
Tak na marginesie, to Pan Mechanik w warsztacie zaklina się, że on tego na bank nie popsuł, a w ogóle to muszę być gotowy na to, że kilkunastoletni skuter z grubo ponad 72 000 przebiegu będzie się psuł i to w najbardziej nieodpowiednim momencie!
Pomimo kilkukrotnego powtarzania, że na tym jednośladzie ja - Klanger, oraz Magda - mój ukochany "plecaczek" planujemy przejechać się do Azji (do Turcji) - gość faktu, tego nie bierze na serio, a mnie coraz bardziej traktuje, jak ufoludka! OK - pożyjemy zobaczymy!
Im dalej w las (testowych 500 kilometrów, które zalecił Pan Mechanik) tym gorzej, ze startem Majesty.

Poznań - Godzina Zero
#@$^&!, sprzęt nie odpala! Cisza, nic, zero reakcji na wciśnięcie włącznika rozrusznika!
Nie będę cytował moich myśli, nie będę nawet znaczków wklejał, które miałyby oznaczać słowa wylatujące w tempie karabinu maszynowego z moich ust!
Po kilku minutach bezowocnej walki z uszkodzoną częścią, przypomniał mi się stary patent, który nauczył mnie KamiKac - kolega z klubu, Niezależnej Grupy Skuterowej - Skut (wtedy jeszcze byliśmy w CR Poznań). Należy wziąć długi klucz - miałem idealnie pasujący klucz, który przywiozłem z wyprawy zeszłorocznej na Krym - i walnąć ostro w puszkę rozrusznika, która w Majesty mieści się bezpośrednio za tylnym kołem.
No to "walłem", no i Majesty odpaliła!
Nie cieszyłem się zbyt długo sukcesem, bo cała zabawa od początku zaczęła się pod dystrybutorem na stacji Lotos, gdzie zalewałem do pełna skuter.
Klucz - walnięcie - odpalenie - jazda z powrotem z mega %$#@#@ do domu na parking i podjęcie decyzji, że trzeba to ustrojstwo wymontować, i zawieźć do gościa, który regenerował rozrusznik. Pan Mechanik - ten od naprawy przed wyjazdowej - oznajmił mi, że on może się zająć naprawą rozrusznika (to on zlecił regenerację), ale dopiero w poniedziałem - był piątek.
W myślach stwierdziłem, że w poniedziałek to ja Panie będę już prawdopodobnie gdzieś pod granicą turecką… więc może się wypchać (najdelikatniej to ujmując).
Kilka chwil później, wydusiłem - formalnie czułem, jak gołymi "ręcami", przez telefon komórkowy wyciągam słowa z ust mechanika – gdzie mieści się warsztat, w którym Pan Mechanik, tak dobrze naprawił mi rozrusznik, że po 10 odpaleniach tenże padł.
Tempem błyskawicy rozmontowałem cały skuter, wyjąłem wadliwą część.
Wsiadłem w auto, i w tempie kuriera motocyklowego przeciąłem całe miasto, w poszukiwaniu punktu regeneracji rozruszników.
Na Widzie, gdzieś gdzie diabeł mówi już Poznaniowi dobranoc mieści się wspomniany warsztat - Pan wie, Pan pamięta, kolega naprawiał, ale ta część to nie.., on widział, że to już nie pociągnie długo. Tak, no kolega może się tym zając, może da się coś zrobić, ale to najwcześniej w poniedziałek… no tak, weekend, wakacje wiadomo każdy chce odpocząć…
No to przysłowiowa kupa.
Wracając do domu, kilka razy odbijałem w stronę PZU, by wyrobić zieloną kartę na auto, i nim pojechać na wyprawę do Azji.

…tyle roboty na marne, nawet moto-asystenta wykupiłem (jak nigdy) na skuter! #@$%^$!

Po drodze stwierdziłem, że jak nie znajdę zapasowej części na allegro to jedziemy autem.
Net włączony, komp przeszukuje aukcje, komórka w dłoni…
Pierwsza aukcja – wybieram numer, sygnał w słuchawce, jest – ktoś odbiera… rozrusznika brak. Drugie i trzecie podejście to samo. No to kanał.
Wyszukałem w moich wygranych aukcjach gościa od którego jakiś czas temu kupiłem sporo część nowo-używanych… dzwonię, odbiera, krótkie wyjaśnienie o co chodzi, sprawdza… JEST! Gość ma działający rozrusznik, a co najważniejsze, gotowy jest w sobotę na nas poczekać w domu, byśmy mogli odebrać część jadąc w kierunku Czech! Szczęśliwie miejsce w którym mieszka to praktycznie wioska na polskiej granicy, z której widać Czechy!!!
Ostatecznie będziemy musieli nadłożyć kilkadziesiąt kilometrów, ale przy planowanych ponad 7000 tysiącach to jest pryszcz…

Wieczorem odpalając długim kluczem naszą Yamahę Majesty – niczym w dawnych latach malucha na miotłę – ruszamy w nocy – planowo (!) – w stronę Wrocławia, ku pierwszemu noclegowi, u Gonza – klubowego kumpla i przyjaciela z KS Wrocław.

Obrazek

Dzień 1 – Polska, Czechy, Słowacja, Węgry.
Rano, po pysznym śniadanku i obejściu (i oprowadzeniu przez Gonza) po całym jego królestwie – szczerze zazdroszczę mu garażu z tymi wszystkimi narzędziami i kluczami etc – zapakowaliśmy się na Majesty i niczym wół roboczy ruszyliśmy w stronę Czech, którymi to przedostaliśmy się z powrotem do Polski, by odebrać zapasowy rozrusznik.
Część tą niczym talizman zapakowałem w ściereczkę, i umieściłem bezpiecznie pod siedzeniem. Plan był taki, że na tym zepsutym rozruszniku jedziemy tak długo jak się da – póki odpalać będę mógł na klucz – a w razie czego, gdzieś na trasie dokonam wymiany na nowy, sprawny.

Reszta trasy, to w zasadzie kilkugodzinny nudnawy przejazd autostradą przez Czechy, Słowację i Węgry. No może tylko przekroczenie gór w Czechach dostarczyło nieco adrenaliny, nie żeby trasa była trudna… była raczej stroma, przez co ,pod górę, nasz obładowany skuter osiągał miejscami zawrotną prędkość 40 km/h … co jak się miało okazać później, była całkiem niezła przelotowa prędkość!

Podczas pierwszego obiadu robionego na maszynce gazowej, na jakimś autostradowym parkingu okazało się, że kasza jęczmienna z sosem grzybowym, bez soli jest po prostu przerażająco okropna w smaku – no po prostu obleśna!!! Dodam, że w bagażniku było tego sosu jeszcze kilka paczek, a kaszy pewnie z 1,5 kilograma, bleeee…

Wieczorem dotarliśmy do Węgier, i tam zaraz za granicą poszukaliśmy kempingu – co nie było trudne, bo praktycznie po kilkunastu minutach, mieliśmy już rozbity namiot, a na gazie gotowała się kolacja – dalsza porcja kaszy i grzybów…
Madzię nieco speszył fakt, iż w damskim kibelku nie ma drzwi i każda z lasek się ogląda pod czas kąpieli – mi to szczególnie nie przeszkadzało, ale wiadomo, że ja to stary ekshibon jestem. Zasypialiśmy w oparach gandzi, którą to sąsiedzi przepalali w wodnej fajce obok naszego namiotu.

Obrazek

Dzień 2 – Węgry, Serbia.
Rano na śniadanie – nudle Knorra, uff coś innego w smaku, ba coś co MA smak!
Pakujemy się dość sprawnie, i po chwili jedziemy dalej – odpalanie oczywiście „na klucz”.
W małym miasteczku, przed powrotem na autostradę kupuję karnet na 4 dni na motocykl na autostradę, mapę Węgier. Tankuję do oporu, bo wiadomo, że na „autobanie” waha jest droższa…

W zasadzie kolejne godziny niczym się nie różnią. Jedynie na obwodnicy Budapesztu jemy lody Magnum, co by nieco cukru dostarczyć szarym komórkom, kupujemy paliwo, wodę i heja, walimy dalej w stronę Serbii.

Przed granicą nieco zaspałem z paliwem i do ostatniej stacji docieram na oparach – w baku było może ze 100-150 ml benzyny!

Za granicą, na romantycznie zacienionym przez naczepę TIR’a parkingu jemy obiad, co jakiś czas zaczepiani przez polskich turystów, który od czasu do czasu w ten sam cień podjeżdżają wielkimi autokarami.
Wysiadając mają miny nietęgie (na zasadzie – uff, ale mamy do dupu, jadąc autokarem), ale gdy tylko nas mijają zmienia im się radykalnie punkt widzenia, i na twarzach pojawia się uśmiech, bo można mieć gorzej!
Raczej nie gadają z nami… część patrzy z niedowierzaniem na poznańskie numery blachy. Tylko jedna Pani podchodzi i zagaduje co i jak, i dokąd.

Na tym parkingu spotykamy serbskich motocyklistów, którzy oferują nam nocleg, ale w miejscu mocno poza trasą … więc grzecznie dziękujemy i walimy w kierunku Belgradu, stolicy kraju.

Wieczorem, po kilku dziesięciu minutach krążenia trafiam wreszcie na jedyny camping na przedmieściach stolicy Serbii – ceny europejskie, ale pewnie w Warszawie tyle samo by się zapłaciło. Zasypiamy przy dźwiękach cykad, na skarpie tuż nad Dunajem (z drugiej strony jest postindustrialne śmietnisko, ale co tam).

Obrazek

Dzień 3 – Serbia, Bułgaria.
Okazuje się, że jesteśmy jakieś 300-400 km poza planem.
Wskakujemy rano na skuter i tniemy Serbię niczym nożem. Zaczyna być ciepło. Na postoju nie da się wytrzymać w słońcu. Po drodze widzimy ciężarówkę wywróconą na autostradzie, pewnie kierowca zasnął – widok mało fajny. Przecinamy góry, kierując się w stronę granicy Bułgarskiej.
Granica to formalność. Dalej ostro pod górę, po czym nieco łagodniej z górki jedzie się, aż do samej Sofii.
Tutaj zaciągnąwszy języka, dowiaduję się, że walutę tylko w bankach można wymienić, więc wjeżdżam w bankową dzielnicę, Magdę zostawiam z Majesty (ledwo ją jest wstanie utrzymać w pionie mój plecaczek, tak cholerstwo jest obładowane!).
Pani w okienku walnęła się, i zamiast wymienić mi tylko 20 euro, a resztę ze 100, oddać w euro, podaje mi plik ichniej waluty, a na moją prośbę wyjaśnienia mówi „sorry”.
OK., nic się nie stało i tak przez ten kraj będziemy wracać – po prostu paliwo będę kupował za gotówkę, a nie jak dotąd płacąc kartą.

Ruszamy dalej, objeżdżając miasto południowo-zachodnią (kierunek na Ateny, a nie Istambuł) obwodnicą – ma być szybsza, i jest.
Po drodze, tradycyjnie na autostradzie jemy obiad – dziś ryż ze sosem słodko-kwaśnym = chińszczyzna, a co!

cdn…

cdn...

Plan był taki, że dzisiejszy nocleg mieliśmy spędzić gdzieś niedaleko granicy z Turcją... a plany są po to by je realizować (w obecnej chwili i tak byliśmy kilkaset kilometrów poza planem), więc nie oglądając się za siebie, ruszyliśmy – waląc w rozrusznik – z przysłowiowego kopyta... co w wypadku 23 konnego skutera, z 2 osobami na pokładzie i sporą ilością bagażu wygląda raczej jak kołowanie jumbo-jeta... ale co tam, proszę się nie śmiać!

Po drodze, na stacji podczas kolejnego tankowania zagadałem z lokallaską co by się dowiedzieć jak sprawy kempingowe wyglądają. Pani wyjaśnia mi gdzie są kempingi, albo coś co się po ichniemu zwie chyża (a la nasze schronisko górskie) i co ważniejsze pokazała na mapie.

W tym miejscu wspomnę, iż mapę Bułgarii warto kupić w Serbii, albo w Polsce, bo na miejscu raczej nie dostaniemy mapy w normalnym języku, a odczytywanie nazw napisanych w cyrylicy nieco utrudnia nawigowanie ... szczególnie, jak robi się to przy 100 km/h, jednocześnie prowadząc jednoślad.

Niedaleko wcześniej wytyczonej trasy – międzynarodowego szlaku Sofia-Istambuł, która w tym miejscu przypomina zwykłą drogę wojewódzką, udało nam się zlokalizować jedną ze wspomnianych wcześniej „chyż”... o głupoto!

Pomimo młodej godziny, której to stan dość często monitorowałem na zegarku Majesty ciemno w tej Bułgarii było, że hej! Niby 22, a tu ni cholery, nic nie widać.
Szybkie zakupy na straganie, co by było coś innego do zjedzenia na kolację niż te cholerne zupki w proszku ... i z wielkim arbuzem na „jajach” zaczynam piąć się po górskiej drodze, w ciemnościach w stronę Mineralnych Bani – miasteczka u podnóża jedynej w okolicy góry, na której ma być jedyna w okolicy chyża.

Po co komu nawigacja GPS, jak ma się nosa i intuicję! Bez problemów znajdujemy wąską ścieżynkę, której to asfaltem mamy dojechać do schroniska.
Kilka kilometrów i kilkadziesiąt zakrętów później sprawa zaczęła wyglądać nienajlepiej... by nakreślić nieco dramatyzm sytuacji – ciemno, my głodni, po całym dniu jazdy, a tu #$$@$ jak schroniska nie ma taka nie ma! Za to przez drogę, w snopie świateł co chwila przelatują coraz ciekawsze okazy bułgarskiej fauny – momentami całkiem pokaźne ... zające...dziki...wilki??? Może psy?!
Jest! Jest! Jest chyża, a nie mówiłem! Jak na schronisko górskie (nie) przystało... chyża zamknięta była na noc... ups.

Nic to, wyżej na szczycie widać jakieś światła – myślimy sobie, że ta chyża to jakiś bar kanapkowy, a ta właściwa całodobowa dając schronienie dla błądzących turystów jest tam... tam na szczycie.

OK., walimy na szczyt. Droga... eeem, czy ja powiedziałem droga... miałem na myśli kamienista ścieżka dla aut terenowych pnie się do góry... my na Majesty też. Temperatura świeżo naprawionego silnika zaczyna być podejrzanie wysoka, odśrodkowe sprzęgło śmierdzi, że nawet w kasku czuć... nie dajemy za wygraną, walimy ostro w górę – mamy przysłowiowy aim (celownik) na target (cel).
Koniec drogi, szlaban i sprawa się klaruje – to nie jest chyża, to nawet nie jest hotel, ten wielki budynek obok anteny na szczycie jedynej w okolicy góry, to wojskowa jednostka telekomunikacyjna. Taa, tutaj sobie nie pośpimy, o czym informuje nas grzecznie mocno zdziwiony Pan Wojak, a jego słowa egzekwują wściekle ujadające na nas psy.
Głupie burki nie wiedzą, że zawrócenie przeładowanego skutera na drodze o szerokości połowy jego długości to nie jest takie hop siup, szczególnie jak cały manewr jest wykonywany w dość mocnym pochyleniu (stroma droga).

Wracam w dół, gdzie wcześniej mijaliśmy plac piknikowy z huśtawką i nieco bardziej płaskim i odkrytym terenem, w miarę dobrym pod namiot.

EEEE, zonk – nie należy rozkładać namiotu na placu piknikowym, przynajmniej nie w Bułgarii. Nie minęło 60 minut, od chwili gdy zamknęliśmy zamek od namiotu i przyłożyliśmy głowy do poduszek, jak na placu piknikowym najpierw zrobiło się widno jak w dzień (UFO??? Światła halogenowe czy co?), po czym z auta, które zaparkowało naprzeciw naszego namiotu wyszło kilka osób, a towarzyszył im dźwięk obijających się o siebie butelek.

Obrazek

Ekipa imprezowała do 4 nad ranem, ale to nic, bo my i tak nie mogliśmy spać, gdyż namiotem niemiłosiernie szarpał wiatr, który przewalał się przez podszczytowe wypłaszczenie na jedynej w okolicy górze...

Dzień 4 – Tucja, Turcja, Turcja... jes jes jes!

O świcie wstaliśmy. Zimno było niemiłosiernie... taa południe europy... yhym ciepełko... jasne.

Przeturlaliśmy się Majesty przez jakieś okoliczne wioski, gdzie krajobraz był nieco surrealistyczny – np. koń przywiązany za nogę (kostkę) do lampy na poboczu drogi - albo my byliśmy tak sfazowani po źle przespanej nocy, że nie kumaliśmy tego klimatu.

Śniadanie – na trasie, tej wiodącej do Istambułu był bar, typowo przelotowy. Pani Barowa, zdecydowanie bardziej sfazowana od nas, albo na ostrym kacu, najpierw podała nam menu w cyrylicy, po czym chyba zakumała, że my nic nie kumamy, i zaproponowała „omleto”, a my dodaliśmy jeszcze do zamówienia 2 MOCNE kawy!

„Omleto” było super, kawa to istne niebo w gębie... tak to się docenia normalne jedzenie, po kilku dniach konsumpcji pokarmu w proszku przygotowanego z myślą o kosmonautach.

Niewiele już nas dzieliło od Turcji, przez co chwilę później przekraczaliśmy granicę bułgarsko-turecką... być może jako pierwszy skuter z Polski... kto to wie.

Granica bułgarska, nic szczególnego - Polska w wersji lata 80 – za to po tureckiej stronie fulwypas! No i oczywiście wielki meczet na samym środku terminalu.
Wiza za 10 euro od głowy, kilka okienek, skan paszportu – długi klucz, walnięcie w rozrusznik, odpalenie i już jesteśmy w Turcji!

Nie ma co spoczywać na laurach, nie sama granica jest naszym celem, więc szybkie siusiu, przebranie się w lżejsze ciuchy motocyklowe i atakujemy autostradą Istambuł.

Myślę, że to dobry moment by wtrącić małe info o tureckich autostradach – jednym słowem są super, dwoma są super i są płatne. Można oczywiście płacić gotówką, o ile dobrze pamiętam i kartą płatniczą, ale najlepiej jest wykupić na pierwszej bramce lub stacji benzynowej karnet magnetyczny za około 60 złotych, dzięki czemu dalej możemy korzystać z automatycznych bramek, gdzie tylko trzeba kliknąć kartą (zapłacić w ten sposób) i w drogę. Kwota 60 pln spokojnie wystarczy na przejechanie całej sieci tureckich autostrad.

Pierwsza stacja benzynowa w Turcji – nosz %$$#@ nie kłamali, paliwo faktycznie jest zarąbiście drogie ... czemu? Nikt tutaj nie potrafił dokładnie wyjaśnić tego fenomenu.
Na stacji wymieniamy kasę, kurs jest OK., więc nie ma co szukać kantorów, tak jest łatwiej i szybciej.

Lecimy dalej. Jest ciepło, ale przy prędkości autostradowej przyjemnie ciepło!

Obrazek
Obrazek

Po drodze mijamy polskiego kampera, machamy sobie nawzajem, i tniemy na następną stację benzynową. Po chwili dociera kamper, parkuje obok, po czym z wnętrza wychodzi cała rodzinka i pies! Opowiadamy jakie mamy plany, oni przekazują nam info o trasie powrotnej, o gołych laskach na plażach w Bułgarii, i o hotspocie nad morzem... Klucz w rękę, łomot puszki od rozrusznika i jedziemy dalej.

Im bliżej Istambułu, tym ilość aut (co nie jest odkrywcze, zważywszy na fakt, iż w mieście tym żyje 18 mln ludzi) przybywa. Sposób jazdy jest prosty – kto pierwszy ten lepszy i nie ma innych reguł. Szybko łapię ten system i z żelazną konsekwencją poddaję się woli Turków.
Chcę zmienić pas – kierunek i praktycznie bez patrzenia w lusterko powoli zjeżdżam na sąsiedni pas... po kilku próbach, stwierdzam, że system działa sprawnie, żyję, więc jest dobrze.
Przez Istambuł pędzimy ze średnią 90 km/h. Jedynie przed Bosforem trzeba nieco poczekać (wepchnąć się), bo jest kolejka do kas – wiadomo, za most trzeba zapłacić. I tu przydaje się karta magnetyczna na autostradę, ja jej nie miałem więc musiałem w tym miejscu kupić.
Frez na moście nie budzi moich pozytywnych emocji, dodatkowo skutecznie ogranicza możliwości podziwiania widoków – za to Magda, wali zdjęcia jak oszalała!

Mijamy Bosfor, wjeżdżamy do Azji. Prawdopodobnie pierwszy skuter z Polski dociera do Azji, a na bank z Poznania, i to z 2 osobami na pokładzie!

Plan jest taki, by wyjechać z miasta i gdzieś na prowincji na trasie do Ankary poszukać miejsca na noc.

Na stacji benzynowej za Istambułem rozrusznik dał ostro popalić – kupa międzynarodowego luda (stoimy bezpośrednio przed wejściem do kibelka), a ja walę jak oszalały w rozrusznik tym pofajdanym kluczem z Ukrainy, a skut jak milczy, tak milczy. Zaklinam to ustrojstwo! Błagam, prawie płaczę! Magda z boku (w bezpiecznej odległości) ze stoickim spokojem stoi i patrzy. Po około 30 minutach walki z maszyną – mając coraz bardziej realną wizję wymiany rozrusznika na TEJ stacji – podchodzi do nas ochrona, i zagaduje „scooter kaput?” – słowa te, jak zaklęcie budzą Majesty do życia – jest, ruszyła, nie poddała się dziewczyna!

Nie czekając na nic, wskakujemy na sprzęta i kierujemy się w stronę Ankary.
Po godzinie dalszej jazdy w huku, smrodzie i skwarze, byłem totalnie wykończony trasą i niemal ucałowałem asfalt bocznej drogi numer 140, na którą zjechałem z autostrady – zgodnie z planem!

Jako że wjeżdżaliśmy w konkretne góry, w nieznanym terenie w ostatniej dostępnej stacji zatankowaliśmy na fula, i po małych problemach ruszyliśmy ku wschodowi, coraz intensywniej rozglądając się za miejscem na nocleg.

Z perspektywy Polski (etapu planowania) rzeki, jeziora to idealne miejsca na biwak – tak, tak, ale nie w Turcji, bo po 1 miejsca te są oblegane przez imigrantów (a coś mi mówi, że spanie po sąsiedzku to niekoniecznie dobry pomysł), a po 2 woda i tak kompletnie nie nadaje się do spożycia, a po kilku lokalnych „widokach” nawet do kąpieli – nie wiem czemu, wiara kąpie się w tej samej rzece, bezpośrednio nad brzegiem której wali kupę! Ohyda!!!

Jeden taki spot znaleźliśmy – wartka górska rzeka (oh jak ja wtedy marzyłem o wykąpaniu się w niej!), dolina wysoko w tureckich górach... i tylko te namioty imigrantów i tłum dzieciaków w tle, które niestety zobaczyłem już po zatrzymaniu skutera. Nie było już kolejnego odpalania! Starter po 3000 km wyprawy padł...

Obrazek

Sprawa nie wyglądała beznadziejnie, zachodzące słońce, na zegarku 18:30 ... szerokie pobocze na około 75 centymetrów... luzik!
Po chwili zastanowienia podjęliśmy decyzję, że Magda „zabiera się za gary” i robi obiad, a ja zabieram się za Majesty i robię rozrusznik.
Na marginesie, warto wyjaśnić, że wymiana rozrusznika w tym modelu równa się rozłożeniu do ostatniej śrubki połowy skutera!

Po około 60 minutach na poboczu leżała sterta plastików, a ja z szelmowskim uśmiechem dobierałem się do uszkodzonej części.... mam cię! Nawet nie wiem kiedy zrobiło się totalnie ciemno – patrzę na zegar 19:30, co to ^%%$#@ jest! Rozumiem południe – słońce gwałtowniej zachodzi, ale żeby tak od razu... system jasno-ciemno o 19!!!
Skuter kończyłem skręcać po omacku, w nędznych promieniach czołówki, którą trzymała Magda oświetlając to wkręcaną śrubkę, bagaż (czy nam coś już dostało nóżek i zginęło) oraz ruchliwą jednak drogę, co by nas było widać.
120 minut później, myłem w rzece ręce po skończonej robocie obok imigranta, który właśnie nad brzegiem tej samej rzeki sadził klocka po skończonej właśnie obiado-kolacji.

Ciemność tej doliny i jej serpentyn mnie powalała – nic nie było widać, nawet w świetle reflektorów. W pewnym momencie niemal przejechałem po 2 ubranych na ciemno imigrantkach, które beztrosko przechodziły sobie przez jezdnię – Magda zobaczyła te dziewczynki już jak je minęliśmy... tak było ciemno... a zimno było jak jasna @#$%%!

Namiot udało nam się rozbić, w krzakach na podwórku u jakiś górali, którzy nie tylko ofiarowali nam placyk, swoją silną latarkę, ale również przynieśli pyszną ciepłą, rozgrzewającą herbatę!



Obrazek

Że zacytuję z głowy jeden z najbardziej znanych przewodników świata LP – w Turcji do herbaty dodawane bywają specyfiki, które usypiają człowieka, po czym ten budzi się (o ile się budzi) bez nerki lub innych narządów.

Jak nas rozbolały brzuchy po tej herbacie, to ja już widziałem oczami wyobraźni zgwałconą Magdę oraz siebie bez wszystkich narządów... co za debil pisze takie dyrdymały! I te wzmianki o groźnych wężach itp. – przez cały wyjazd spotkałem jedynie 2 żółwie na środku drogi!

Spaliśmy jak zabici – ale nie po chemii, a po zdrowym zmęczeniu całego dnia, w końcu dziś rano byliśmy w Europie, a spaliśmy już w Azji...

Dzień 5 – Nocą tylko debil jeździ po Turcji, czyli traktor widmo.

Droga numer 140 wiedzie w kierunku Ankary – to piękna trasa, ale jeszcze piękniejszy jest taki mały odcinek „białej drogi” oznaczonej jako widokowa, którym można „ściąć” kilka kilometrów przez góry (aaaaaaaaa!!!!!), a przy okazji zobaczyć piękne widoki... a co, a jak!

Wjeżdżamy na ten skrót, jest asfalt, jest wąsko, ale OK. Asfalt skręca w złą stronę, kieruje nas z powrotem w stronę drogi głównej (nr. 140), a przecież my nie chcemy główną, tylko boczną – w końcu jesteśmy na wakacjach i poznajemy kraj, kulturę, tajemnicze zakątki.... a co, a jak!

Obrazek

Skręcam za mapą, zjeżdżając z asfaltu na szuter mam nadzieję (czy ja pisałem, że jestem głupi i naiwny, jak przedszkolak!?), że to tylko przejściowo, że później (????!!!!) będzie asfalt.... jasne.
Skapitulowałem w momencie, gdy prędkość skutera oscylowała w okolicy 10 km/h, a kamienie zaczęły już być tak nierówno ułożone (pojawiły się głazy), że z trudem utrzymywałem motor w pionie... co jak sobie myślałem w momencie, gdy wjeżdżałem na ten górski szlak, tego do dziś nie wiem... ale twardziel jestem że hej, widać już było przełęcz... brakowało kilkaset metrów drogą w linii prostej...

Małe przypomnionko – podróżujemy we dwoje, na jednym 23 konnym skuterze (bez biegów, tak tak fulautomat) z bagażem ważącym pewnie drugie tyle co my...

Obrazek

Wróciliśmy na asfalt, choć zawracanie nie było proste, a jazda naszym miejskim skuterem w dół, po szutrze, jeszcze mniej zabawna.

Dalej w stronę Ankary to już tylko niekończące się serpentyny, płaskowyże i widoki niczym z Doliny Śmierci w USA i kolejny odcinek specjalny – kilkadziesiąt kilometrów szutru na głównej drodze, która była w tym miejscu remontowana. I żar.

Cdn...

Obrazek

Planowo mieliśmy wczoraj spać nad takim fajnym jeziorem zalewowym... wiadomo, jest woda jest fajnie. W końcu docieramy do tego zbiornika wodnego.
Widoki, nosz po prostu bajka! Zjeżdża się w dół po fantastycznie wyprofilowanej drodze, miłym, nie za ostrym łukiem w lewo, przechodzi się w łuk w prawo, most, nieco mocniejsze pochylenie skuta w prawo i już jesteśmy na drugiej stronie zalewu, które według mnie przypomina Wielki Kanion Kolorado! Zapytałby ktoś, a gdzie są zdjęcia – a nie ma! Czemu? Bo mnie tak pochłonęła jazda, jakoś taką łączność poczułem z motocyklem, że grzejąc dość jednak ostro (jak na nasze 23 konne możliwości, czyli gdzieś tak około 100, oczywiście tam gdzie się dało) przeleciałem ten najciekawszy fragment niczym orła cień, a Magda nie za trybiła, że „trza” walić fotki, więc fotek brak!

Obrazek

Jedyne fotki, jaki mamy z tego regionu zrobiliśmy na płaskowyżu, gdzie człowiek czuje się jakby był na innej planecie. Pusto, sucho, gorąco, nikogo w promieniu kilku kilometrów, droga jakby ją ktoś od linijki wyasfaltował – normalnie western pełną gębą i to w Europie... eee, no w sumie to już w Azji!

Obrazek

Walimy foty ku potomności, żal leje się z nieba, że po raz pierwszy odczuwam większy komfort mają na postoju kask na głowie! Dziwne no nie?
Jesteśmy z Magdą całkowicie zgodni (co nam się dość często zdarza, hehe nie chwaląc się), że wymiana rozrusznika w tym miejscu, w tym temperaturowym piekle nie była by tak zabawna i lajtowa, jak wczoraj... widać Anioły Stróże podróżują z nami...

Jakiś czas później docieramy do Baypazari – miasto na środku pustkowia, w okolicy jest tylko kopalnia i elektrownia (też w szczerym polu). Na stacji tankujemy, trzeba dbać o poziom paliwa, kupuję olej silnikowy do Majesty, i pytam się obsługi gdzie jest jakiś serwis co by dokonać wymiany oliwy w jakiś w miarę „godnych” warunkach.

Mam się cofnąć, na światłach w prawo, prosto, coś tam coś tam i będzie YAMAHA serwis.
OK., jedziemy.
Na światłach daję w prawo, później prosto – coś tam coś tam okazuje się być skrzyżowaniem typu T, ale ze znakiem ruch okrężny – całość ma może z 10 metrów, robi się kocioł. Ja nie wiem gdzie mam jechać – tzn. w prawo czy w lewo – w prawo jest brama do starego miasta, gęsto od luda – nosz %$$#@ tam ni %$%$# się nie da wjechać tym skuterem (bagaże!). Ktoś trąbi, później kolejny... lekko zbaraniały (jaka ta Majesty jest $##%@# ciężka!!!) podprowadzam moto do krawężnika, i wrzeszczę (bo jest taki harmider) do grupki kolesi pod sklepem „YAMAHA SERWIS!?” – pokazują, że w lewo i później w prawo.

Jadę w lewo... dojeżdżam do tego „później w prawo”... co to %$##@ znowu wjazd do starej części miasta, no ale skoro lokalsi mówią, że tam to pnę się pod górkę, za jakąś półciężarówką między straganami. Magda mówi, że pięknie pachnie świeżym chlebem – fakt, pachnie pięknie, ale co z tego, jak ze mnie ciurkiem leje się pot. Stoimy, ktoś trąbi, kolejny, tłum gęstnieje – piesi zaczynają nas obchodzić, mam wrażenie, że jakby się dało, to by przeskoczyli po Majesty i poszli w swoim kierunku dalej. Wiatrak skutera wchodzi na wysokie obroty, temperatura silnika podchodzi pod czerwone pole – ja ^%$#@ no zaraz nie olej, a cały przegrzany silnik będziemy wymieniać... po chwili ruszamy... 5 km/h, 10 ... ale w dobrą stronę, do góry, po śliskim bruku dojeżdżamy do YAMAHA SERWIS.
No powiem tylko tyle, że nie był to chyba autoryzowany serwis YAMAHA.

Cztery sklepo-warsztaty motocyklowe obok siebie tworzą jeden organizm. Wchodzę do pierwszego, pytam się o Yamahę, pokazują trzecie drzwi. Jakiś chłopak prowadzi mnie do trzeciego sklepu – pokazuje napis YAMAHA – o, jak głupi, nie zauważyłem!
W środku panowie jedzą obiad – uśmiecham się (pierwsza zasada podróżnika – uśmiechać się, zawsze się uśmiechać!), pytam o wymianę oleju. Powiedzmy, że się zrozumieliśmy.
Mam poczekać jak skończą strawę, olej wymienią ale nie na mój Shell, a na Mobil, który stoi na półce. Zgadzam się na taki układ. Wychodzę na zewnątrz sklepu, a tam zbiegowisko.
Magda stoi przy Majesty, a w około pełno jakiś ludków, jak dodać zapachy z okolicznych kuchni, i ten obłędny z mijanej wcześniej piekarni no to, robi się swojsko!
Po chwili wychodzi główny mechanik z YAMAHA SERWIS, ogląda sprzęta. Pokazuję mu dyskretnie, co by nie było obciachu, że on nie wie, gdzie jest spust. Pokazuję też, że trzeba korek nie kluczem, a łomem opukać, bo jest już mocno zjechany i klucz nie łapie – mechanik za to łapie w mig i chwyta się za klucz.
Klucz pochodzi z pierwszego sklepo-serwisu, wiadro do starego oleju też. Lejek do wlania oleju z drugiego sklepu, z czwartego jest stołek, który przyniósł staruszek pewnie z 90 letni dla Magdy, co by sobie usiadła (%$#@# z tym, że siedziała już z jakieś 5 godzin, i pewnie drugie tyle jeszcze posiedzi) – Magda grzecznie siada, bo jak ma niby wytłumaczyć, że chce postać... a poza tym głupio tak starcowi odmówić.
Ekipa widać, że się stara. Za chwilę przychodzi jakiś gość z taką śmieszną tacką, na której niesie przez dwie ulice dwie małe szklaneczki. Okazuje się, że to dla nas. Fajno. Herbata jest pyszna. Gość znika, kiedy i jak za to zapłacić nie mam pojęcia – nie pierwszy raz jestem u Arabów, ale z tymi herbatkami, to się spotykam po raz pierwszy...
Trwa wymiana oleju. Okazuje się, że kolo leje mój olej – nie wiem czemu, ale OK., przecież umawialiśmy się inaczej. Ale tym lepiej, po co mi 2 dodatkowe litry oleju na Majesty!

Obrazek

Jest niezła jazda, bo cała akcja serwisowa ma miejsce na środku wąskiej ulicy, na której normalnie toczy się życie – no właściwie do miejsca gdzie stoi nasz skuter, bo ten burzy całkowicie „porządek” dnia codziennego mieszkańców Baypazari. Kilka razy obok nas przejeżdża auto, którego bok od mechanikowego zada dzieli z ręka na sercu kilka centymetrów. Mistrz ceremonii nawet się nie ogląda za siebie – on „pracuje”!

Wymiana idzie sprawnie, w między czasie odpowiadamy na turecki zestaw pytań standardowych – skąd, dokąd, jaki zawód, czy On to moja żona – próbujemy pokazać na mapie naszą trasę... no takie tam, wiadomo... jest naprawdę miło.

Ostatecznie Pan mechanik nie bierze ani centa za wymianę oleju, gość od herbaty przepadł jak kamfora, a na moje pytanie o herbatę ekipa od mechanika mówi, że jesteśmy ich gośćmi, więc herbata była na ich koszt. Żegnamy się, cała ulica się uśmiecha, trąbię, Magda macha „papa” i wpieprzamy się ponownie w ten uliczny kocioł. Silnik Majesty niemal płonie...

Jeszcze tylko małe zakupy i mały „lanczyk” na chodniku, w cieniu jakiegoś drzewa i wracamy na szlak – Ankara zbliżamy się!
Kilka kilometrów dalej wychodzi na to, że główna droga jest w remoncie – co jak się za chwilę okazuje, oznacza w Turcji wiele kilometrów jazdy po szutrze, który jest nawożony na planowaną trasę, ubijany przez spychacze oraz puszczane tą nitką auta, a na koniec wyrównywany i polewany czymś co chyba jest smołą. Na to idzie warstwa kamyków, a regularny ruch samochodowy jest wykorzystywany do wbijania tychże, w smołowy podkład. Jak smoła gdzieś wylezie, to ponownie sypie się kamyki, i tak do skutku. Efekt – nawierzchnia rewelka.

Nie mając alternatywy pokonujemy skuterem kolejne kilometry szutrówki – nie liczyłem dokładnie, ale z 40-50 mogło tego być łącznie! Miejscami w ogóle nic nie widać, bo jadące z przeciwka auta wnoszą tumany kurzu – no... OK., jest mały hardcore (w skali skutera miejskiego).

Obrazek

Po południu docieramy do stolicy Turcji, a raczej jej przedmieści – wyhaczam jakieś centrum handlowe, naiwnie myśląc, że będzie tam sklep ze sprzętem turystycznym (materac nam się rozhermetyzował, spaw gdzieś puszcza powietrze i rano zbudziliśmy się na flaku).
Na wejściu ochrona jak na lotnisku – bramki-wykrywacze metalu, torebki i inne toboły przejeżdżają przez skaner... hmm.
Ogólnie klimat nieco dziwny – panny odstrzelone, niektórzy kolesie jeszcze bardziej, a ja upieprzony od tego kurzu, że żal wszystko ściska - Majesty również, no i Magda, która została przy sprzęcie na zewnątrz sklepu.
Okazuje się, że w centrum handlowym prędzej bym kupił brylanty warte pół miliona dolarów niż materac – no to „se” pośpimy na flaku.

Wracamy (kawałek pod prąd, bo tak zakręcił inżynier wjazd na stację paliw i na autobanę, że musiałem nieco po turecku pojechać) na trasę i północną flanką – niekończącą się obwodnicą Ankary – kierujemy się na wschód w stronę Hattusas.

Trasa bajka! Pod górkę walczymy o każdy kaem – miejscami na trójpasmowej drodze są takie podjazdy, że skuter ledwo ledwo trzyma 40! Prędkość nasza jest prawdę mówiąc %$#@, bo nieco za szybka dla tych wolniejszych ciężarówek (trzeba wyprzedzać), a znowu za wolna dla tych szybszych i to one, nas co kawałek wyprzedzają na podjeździe... ale... niech no tylko nieco się wypłaszczy, niech no asfalt zmieni kąt nachylenia, a Majesta poczuje, że oto już jest z górki ... nie ma zmiłuj! 110-120 miejscami chyba nawet szybciej, po trzech pasach by na frezie i ostrych górskich serpentynach nie wylecieć z trasy walimy niczym pocisk w dół robiąc niezłe wrażenie na pozostałych użytkownikach ruchu, których w tym momencie widzę mocno z tyłu w lusterkach! – to się tyczy również aut, które na zjazdach dość mocno hamują, utrzymując średnią 70-90 km/h.

Środkowa Turcja jest piękna w promieniach zachodzącego słońca... znowu robi się ciemno, jakoś tak wcześnie (zegarkowo)...

Do Hattusas trzeba zjechać z głównej na mocno boczną drogę. Ciemnica taka, że mam wrażenie, że jadę bez świateł, aż tu nagle może z 1,5 metra przed sobą widzę traktor! Ni %$$#@ nie oświetlony!!!
Kolo sobie wracał do domu, z pola, a że drogę zna po co ma światło nadużywać... no tym razem udało się, ale seryjnie było blisko...

W Hattusas jest kemping - jest prysznic – jest bosko. Po krótkich negocjacjach cenowych oraz prośbie właściciela, byśmy pod żadnym pozorem nie mówili nic Słowakom, którzy już tam się rozbili ile zapłaciliśmy idziemy się kąpać w kibeloprysznicu (prysznicuje się człowiek praktycznie na klopie), a potem spać...

Dzień 6 – Chyba mamy kryzys

Kemping bajka. Namiot mamy rozstawiony w ogrodzie pod jabłonkami, obok nas śpią na matach samopompujących Słowacy, którym absolutnie nie mamy zdradzać za ile śpimy...

Obrazek

4 rano, z meczetu dochodzą jakieś modły... no to by było na tyle jeśli chodzi o porządny, głęboki sen. „Zawodzeniu” – z całym szacunkiem dla islamu – z głośników wtóruje kogut (nasz, podwórkowy) drze mordę tak ostro, że w końcu psu przywiązanemu do budy (kilka metrów od naszego namiotu) puszczają nerwy i dodaje swoje 3 grosze. Do tego dodajmy jeszcze wszędobylskie gdakanie kur i mamy pełny obraz naszego poranka.

Sąsiedzi Słowacy, co to nie mają się od nas dowiedzieć za ile śpimy, wybierają się chyba też na Hattusas. Jedząc śniadanie tak się przyglądamy ich krzątaninie. Ekipa chyba walić będzie na górę z buta – nawet kuszący pomysł to był, tym bardziej po tych 6 dniach siedzenia przez niemal okrągły dzień na skuterze... Lenistwo jednak wygrało, no i w pewnym sensie pragmatyzm – wieczorem powinniśmy być w Kapadocji, więc... turlamy się pod górkę, na lekko na Majesty. Dziwnie się jedzie, bez tych wszystkich tobołów – jakoś tak nieswojo!

Obrazek

Hattusas kilka tysięcy lat temu było stolicą hetyckiego państwa. Miasto założono na ściętym wierzchołku dość sporego wzgórza. W sumie miasto składało się z dwóch jednostek: wewnętrznej cytadeli z budynkami administracyjnymi i świątyniami, i właściwego miasta opasanego murami z trzema potężnymi bramami. Jedna z bram ozdobiona była reliefem lwa, inna reliefem wojownika oraz reliefem sfinksa. Na terenie miasta wzniesiono cztery zespoły świątynne, których ruiny do dziś można zwiedzać. W trakcie badań archeologicznych odnaleziono w Hattusie jedną z najstarszych królewskich bibliotek z terenów Bliskiego Wschodu, liczącą 1 300 tabliczek. Kilka lat temu odrestaurowano fragment murów obronnych, dzięki czemu dziś można mieć choćby minimalną świadomość, jak potężne było to miasto!

Obrazek

To tak tytułem wyjaśnienia, że atrakcja to nie byle jaka! Cały kompleks – a jest tego z 10 kilometrów drogi – można swobodnie zwiedzać w swoim pojeździe. Przy okazji okazuje się, że z Majesty tłumikiem jest coś nie halo, bo skuter pierdzi niczym odrzutowiec – taki fantazyjny tuning nam się zrobił po drodze.

Na zwiedzanie nam trochę schodzi – nie powiem fajne miejsce, ale jakoś tak nie mamy ikry od samego rana, widzę pewne rozprzężenie, brak dyscypliny w grupie (głównie przeze mnie!) i tak ogólnie nic nam/mi się nie chce. Włóczymy się po ruinach, tzn. ja się włóczę, a Magda #$$@@% po kamykach, żądając - tak, tak, żądając nie prosząc! – kolejne fotki, na kolejnych fragmentach murów, ruin itp.

W końcu wymusza na mnie wspólną fotkę – ustawiam aparat na samowyzwalacz - #$%@# przez trzy kolejne starożytne murki, ostatnia kamienna hopka, but mi się ześlizguje i klnąc niemiłosiernie uderzam nogą o kamień... ale jest, udało się, na fotce uśmiecham się niczym filmowy gwiazdor – fulprofeszjonal no nie?!

Po Hattusas kręcimy się jeszcze jakiś czas. Fajnie tam jest, spokojnie, mało turystów – w ogóle mam wrażenie, że my już mocno po sezonie jesteśmy, a to jest dopiero sierpień!
W końcu przy dźwiękach coraz głośniejszego tłumika zjeżdżamy do wioski, pakujemy manele na skuter i ruszamy ku kolejnej przełęczy, na podjeździe osiągając zawrotne tempo 30 km/h.

Obrazek

Droga, którą jedziemy ku Kapadocji, to nie jest główna trasa – przecina dość konkretny masyw górski. Przed nami jedzie kilka aut, które udaje nam się „dopaść” tuż tuż przed przełęczą – biedaki utknęły, bo przed nimi jechała jakaś masakrycznie obładowana ciężarówka. Całą kolumnę mijamy jednym susem, co jest nieco ryzykownie, zważywszy na fakt, iż Majesty w tym miejscu na liczniku ma nieprzekraczalne 15 km/h... rower chyba szybciej by tam pojechał!
Dopadamy przełęczy, świat przewraca się niczym na kolejce górskiej – walimy w dół, w swoim tempie (hehe, wiksa w dół niczym kamień, heble, zakręt i ognia), auta choć wyswobodziły się spod zawalidrogi są daleko za nami – Majesty króluje na tej serpentynie tnąc kilometry niczym pocisk! I to nie są ani przechwałki, ani ironia – moto naprawdę na zjazdach spisuje się wyśmienicie. Niski środek ciężkości, i dobrze rozlokowane wory transportowe działają niczym balast, przez co przy minimalnym wysiłku moto kładzie się w zakrętach, a co lepsze za zakrętem samo wstaje – dla mnie bomba!

Za górami nuda na maksa! Nawet przecinane przez nas miasta, jakieś takie nudne...

Obrazek

Gdzieś na środku tureckiej nicości, macha do nas kolo ze stojącego na awaryjkach auta. Co by pokazać, że my „dobrzy ludzie som”, zatrzymuję się kawałek za ich samochodem. Ten kawałek jest na tyle duży, że zawracam i podjeżdżam do gości.
Na marginesie trzeba dodać, że procedura hamowania na Majesty z pewnie ponad 300 kg na pokładzie jest podobna do zwalniania pociągu towarowego – nic na siłę, kiedyś i tak stanie.
Awaryjne hamowanie to oczywiście inna bajka – wtedy wiadomo, Magda wyrzuca spadochron i sprzęcior w mgnieniu oka sam staje!

Kolesie mocno zdziwieni, że się zatrzymałem – w sumie Magda też... OK., ja również sobie niedowierzam... schodzę z maszyny, pytam o co kamon...
Auto nie pali, nie kręci, kupa. Coś tam posprawdzałem – na tyle na ile byłem wstanie obczaić silnik, niby wszystko gra – prąd jest, paliwo też – nic tu po mnie, holować przecież nie będziemy, a Panowie i tak co chwila przez komórkę coś gadają. Ostatecznie ustalamy, że po nich kumpel już jedzie – wodę mają więc „adios amigos” – lecimy dalej.

Wyjeżdżamy na główną... i jak nie $#@^% wiatr! Jak nami nie majtnie – w lewo, w prawo! Co to ^%$$#@ jest!? Majesty jak latawiec, a my jak ogon latawca fruwamy po całej szerokości pasa. Nosz wichura na maksa, a w ogóle nie było tego wcześniej czuć!
Nie było, bo się z wiatrem jechało, a teraz po skręcie w prawo, z całą siłą huragan walił nas po prawej burcie. Samej drogi prawie nie było widać, dobrze że przed nami jechał czerwony TIR, bo przynajmniej ułatwiał nawigowanie!

Obrazek

Piach w oczach, moto jadące w kilkudziesięcio stopniowym przechyle na prawą burtę, w koło same ciężarówki, bo to „główna na Ankarę” – masakra. Szczęśliwie w tych warunkach musieliśmy tylko kilkadziesiąt kilometrów przejechać, po czym odbiliśmy na południe, ku Gerome przez co znowu wiatr ostro nas pchał. Tak to można jechać, choćby na koniec świata, albo do Zelve, w Kapadocji!

Cdn...
klanger
Świeżak
 
Posty: 16
Dołączył(a): 6/1/2010, 12:04
Lokalizacja: Poznań


Postprzez klanger » 10/1/2010, 09:25

Obrazek

Zelve to przepiękne muzeum-skansen utworzony na terenie 3 doliny, w których skałach wydrążone zostały świątynie oraz domostwa, w tym również wielopoziomowe mieszkania.

Widoki skał uformowanych przez lata erozji zapierają dech w piersiach, głowa mi chodzi to na lewo to na prawo, aż trudno się skupić na prowadzeniu maszyny. W tym samym czasie – na szczęście – Magda robi przerażającą ilość zdjęć, więc i ja coś z tego zobaczę, tak na spokojnie...

Skuter zostawiamy bezczelnie pod samą bramą muzeum, obok kasy biletowej – tutaj na przechowanie oddajemy też nasze kaski. Na zegarku mam około 16:00, muzeum jest czynne do 19, więc luzik!

Obrazek

Za bramą Magda dostaje formalnego orgazmu! Laska zostaje oszołomiona ilością mikrojaskiń, dziur w które można wejść, załomów gdzie można zaglądnąć – biega od mieszkania do mieszkania, a mi każe fotografować każdą, ale autentycznie każdą skalną duperelę!
Chyba jej się podoba....

Faktycznie miejsce to robi wrażenie! Jest unikatowe i po prostu super!
W zasadzie nie trzeba wiele wysiłku by sobie wyobrazić, jak wyglądało życie w tych pieczarach. Choć określenie pieczara, do niektórych M3 kompletnie nie pasuje. Momentami mamy wrażenie, że wystarczyłoby wnieść kilka mebli, jakiś dywan, radio i mamy gotowy domek z piętrem – pod klucz, do zamieszkania!

Obrazek

Ciekawe jest to, że rejon ten był zamieszkały do 1952 roku! A mieszkali w nich tryglodyci.

W jednej z dolinek jest tunel, a nad nim napis „EXIT”. Magda oczywiście zapragnęła zwiedzić tunel i zaczęła pchać się po ten exit – szczęśliwie udało mi się wybić ten pomysł z głowy i zaproponowałem, byśmy poszukali wejście do tunelu, a nie pchali się wyjściem.
Argumentacja, że skoro piszą wyjście to coś w tym musi być, że ruch jest puszczany tylko w 1 stronę... no i było!

Obrazek

Kilka chwil później odnaleźliśmy wejście do tunelu – małe to to, niepozorne... wchodzimy! Oczywiście bez latarki, mamy tylko błysk aparatu – 3 metry w głąb, ciasny tunel nieco się powiększa, po lewej są wyjechane przez lata (i turystów) schody. W tym miejscu ciemno już jest jak w przysłowiowej – próbujemy kawałek iść po tych schodach, ale zamiast jaśniej robi się już totalnie czarno – no to kupa, bez światła nie damy rady.

Słowa te podziałały jak detonator na Magdę – że co! Że niby on nie może iść tunelem! Że jak?! W końcu wyszliśmy na zewnątrz, ale widać było, że dziewczyna jest zdesperowana, i bardzo zawiedziona – jest tunel, a my go nie zdobyliśmy!

W między czasie do wejścia tunelu podeszli jacyś Francuzi i po ogólnikowym przywitaniu i przedstawieniu się (że nie jesteśmy ani terrorystami, ani gwałcicielami) udało nam się ich naciągnąć na wycieczkę wspomnianym tunelem. Francuzi, co ważne mieli ze sobą „światło”!!!

No powiedzmy, „światło” to może nieco górnolotna nazwa latareczki na korbkę, którą posiadali nasi kompani, ale co najważniejsze w tunelu coś tam było widać.
Nie będę rozpisywał się o tym jak forsowaliśmy kilkadziesiąt metrów skalnych schodów i reszty tunelu... nie będę też wspominał o tym, że kolo z latareczką ciągle uciekał do przodu i w zasadzie reszta ekipy niewiele widziała, nie wspomnę też o tym, że laska (francuska) miała klaustrofobię o czym głośno nam powiedziała, jak już byliśmy w połowie tunelu, a kolo zwiał z tym cholernym światłem za jakiś załom i ni #$$#@# nic nie było widać...
Najważniejsze, że szczęśliwe dotarliśmy do wyjścia i pod wcześniej widzianym napisem „EXIT” trzasnęliśmy sobie historyczną fotę, niczym odkrywcy tej doliny.

Obrazek

Biegając od jaskini do jaskini, od dziury do dziury czas nam przeleciał niczym piach pustyni między palcami – OK., tak naprawdę to ja byłem już tak $%#@@ głodny, że ledwo dawałem radę i po prostu chciałem już coś zjeść – za to Magda pewnie by nocowała w tym muzeum (naprawdę dużo czasu mi zajęło wytłumaczenie jej, że skoro są barierki, a pieczara wygląda, jakby ją ktoś rozciął na pół nożem, na ścieżce jest napis KEEP OUT – DANGER to pewnie nie należy akurat zwiedzać najwyższego poziomu skalnych mieszkań, tym bardziej, że prowadzące do nich metalowe schody walały się gdzieś tam w okolicy, po tym jak odpadły od ściany...)

Okolica była fajnie pusta, miało się wrażenie, że jesteśmy tutaj całkiem sami... w zasadzie, przy bramce wyjściowej okazało się, że się nie myliliśmy – my byliśmy tam całkiem sami, bo do zamknięcia muzeum pozostało może z 5 min!
Patrząc na mój zegarek, który wskazywał 18, na Pana od biletów, który bardzo już chciał iść do domu, na tablicę z godzinami otwarcia muzeum (gdzie jak wół napisali open – 19:00) niewiele z tego kumałem, do czasu, jak mi Pan bileter pokazał swój zegarek... otóż okazało się, że od Bułgarii lecimy w nie tym czasie co trzeba!

Z tą chwilą wyjaśniły nam się te wszystkie szybkie zachody słońca i egipskie ciemności około 19 wieczorem, te pustki na ulicach o 22 w Bułgarii... itp.

Obrazek

Wieczorem, przed snem prowadzimy jeszcze przedłużające się – choć niezwykle zabawne – negocjacje cenowe dotyczące kempingu na którym chcemy spać (w Gerome). Okazuje się, że Pan Kempingowy bezproblemów obniżyłby nam cenę noclegu, ale Allah na wszystko patrzy i widzi, że Pan Kempingowy w ten sposób nierówno traktowałby wszystkich ludzi, którzy u niego nocują... więc płacimy, nieco obniżoną wyjściową kwotę, rozbijamy się na piachu, w cieniu jakiś krzaków, bierzemy ciepłą kąpiel i idziemy spać.
klanger
Świeżak
 
Posty: 16
Dołączył(a): 6/1/2010, 12:04
Lokalizacja: Poznań

Postprzez klanger » 11/1/2010, 14:17

Dzień 7 – Gdzie diabeł nie może, tam pośle YP Majesty!

Obrazek

Rano w Gerome, nad Kapadocją, królują balony – są ich dziesiątki, jak nie setki! Większość startuje z pola, które mieści się nieopodal naszego kempingu, co zagwarantowało nam tego dnia krótki sen...
Obok nas mieszkają Włosi, którzy zwiedzają Kapadocję na BWM 1150 GS – niepoprawnie ślinimy się na widok tego motocykla, piękna maszyna, której atuty dostrzega również moja towarzyszka podróży (hehe, może kiedyś, jak Los pozwoli...)!

Kilka godzin późnej – po śniadaniu i zakupach w lokalnym supermarkecie – parkujemy Majesty nieopodal kolejnej atrakcji Kapadocji, jaką jest podziemne miasto w Derinkuyu.

Moto zostawiamy obok kapadockiej babci, która na ulicy handluje (jak dziesiątki innych osób w tym miejscu) jakimiś lalkami, samodzielnie wytwarzanymi na tzw. poczekaniu.
Nieopodal Majesty spostrzegamy „znajome” BMW na włoskich blachach...ach, ślicznotka!

Obrazek

Kupujemy bilety, i widząc że jakaś grupa wchodzi z przewodnikiem dołączamy do niej. Naiwnie myślałem, że w tym muzeum jest przewodnik, który oprowadza wycieczki o określonej godzinie – po krótkiej wymianie zdań („Are you?” pyta się przewodnik, na co odpowiadam dotykając się i Magdy dla pewności „Yes, we are!”) ze zdziwionym (naszą obecnością) przewodnikiem, okazuje się, że takiej opcji nie ma (albo nie z nim), ale bez problemów możemy dołączyć do jego wycieczki.

Obrazek

Według lokalnego przewodnika, obecnie przyjmuje się, iż okoliczne podziemne miasta były (lub są nadal) połączone tunelami, przez co podczas najazdów arabskich, lokalna ludność mogła komunikować się, bez konieczności wychodzenia na powierzchnię gruntu.
W podziemnym mieście wszystko było doskonale zaplanowane – pierwszy poziom służył za zagrody dla zwierząt, poniżej znajdowały się pomieszczenia kuchenne, tłocznie wina, magazyny żywności, sypialnie oraz świątynie. Mieszkańcy wyposażyli swoje podziemne miasto w system komunikacji głosowej, przypominający swą funkcjonalnością współczesny telefon komórkowy.

Wycieczka po tym podziemnym mieście robi na nas ogromne wrażenie, a jeszcze większe na jednej z Pań należącej do „właściwej” wycieczki, która potykając się wlatuje do półmetrowej dziury i niemal zostaje na wieki (uderzając się głową o kamlota) w tym miejscu!
Zrobiło się nieco niefajnie po tym wypadku – faktycznie kobieta miała ogromne szczęście...

Po wyjściu na powierzchnię, postanawiamy coś przekąsić w cieniu jakiegoś zamkniętego sklepu. Zagryzając turecką bułę turecką brzoskwinią oglądamy scenkę rodzajową w postaci odjazdu Włochów na BMW. Niby nic wielkiego, ale nie w Turcji, a już na pewno nie w miejscu atrakcyjnym turystycznie!
Włoska para została całkowicie osaczona przez drące się w niebogłosy dzieciaki. W około latają proste, acz zrozumiałe dla wszystkich słowa – „myster, mony... gif mi łan łeuro!”.
Kaszana – jest taki zajgot, że tylko czekać jak wpadnie tu Policja z pałami, szczerze współczuję zarówno im, jak i towarzyszącej im parze na równie fajnym moto. Co ciekawe my nie mamy z dzieciakami większego kłopotu (czyżby Majesty roztaczała aż TAKĄ wspaniałą aurę!?) – Magda dostaje propozycję kupienia jednej dziewczynki, ale grzecznie odmawia, a ja na hasło „myster mony” częstuję maluchy (rodzeństwo, bo reszta dzieciarni gdzieś się wałęsa po okolicy kompletnie nas olewając!) jakimś tureckim karmelkiem – i po kłopocie.

Posileni i pełni wrażeń po wizycie w podziemnym mieście ruszamy dalej ku krainie Kurdów...

Obrazek

Jeszcze mała dygresja – jak coś się komuś podoba z dupereli sprzedawanych na straganach, przy turystycznych atrakcjach, to należy to bezzwłocznie kupić, oczywiście odstawiając szopkę kompletnie niezainteresowanego człowieka i zbijając cenę minimum o 70%. Chodzi o to, że niektóre rzeczy są sprzedawane wyłącznie w miejscach turystycznych i po prostu może się zdarzyć, że już nigdzie nie trafimy na akurat taką pamiątkę z podróży. Piszę to w oparciu o swój błąd, dzięki któremu nie mamy upragnionego upominku z Turcji... bo nie kupiliśmy tam, gdzie był...

Obrazek

Pierwsza góra, pierwszy podjazd ustawia reguły na dzisiejszy dzień – obowiązuje prędkość raczej rowerowa, a na podjazdach 30 kaemów można traktować, jako naprawdę dużą prędkość!

Przecinając środkowo-południową Turcję w kierunku wschodnim natrafiamy na wspaniałą trasę, gdzie droga wiedzie rozpadliną skalną, po czym po dłuższym nudnawym płaskim odcinku (temperatura chyba była tam bliska 50 stopni Celsjusza) zbliżamy się do wysokich gór objętych ochroną o ile dobrze zrozumiałem mapę, w postaci Parku Narodowego.

Ostatnie miasto przed wjazdem w bardziej odludny rejon, równa się obowiązkowe tankowanie. Na stacji pytam się Panów Pompiarzy jak droga przez przełęcz, otrzymując w zamian serię uśmiechów i „good road!!!”
Ok., jak road jest good, to jest good!

Obrazek

Kilkadziesiąt kilometrów dalej, jadąc od dłuższego już czasu szutrówką (nie, nie pomyliłem trasy, ona również nie była oznaczona jako „biała”!) klnąc jak szewc na całe gardło, że nie będę nawet starał się cytować wyobrażałem sobie jak obdzieram ze skóry tych tureckich młodych $#%^@, którzy widząc że jadę skuterem nie odradzili mi tej trasy!

Nie ma jak przeprawa przez wysokie góry (kilka przełęczy przez które przejechaliśmy tego dnia ocierało się o 2000 metrów nad poziomem morza, a rekordowa nieznacznie nawet przekroczyła tą wysokość), gdzie zamiast po asfaltowej nawierzchni jest kupa gruzu i wyjechanych w piachu dziur!

Obrazek

No powiem szczerze – skuter się do takiej jazdy nie nadaje! Nie ma biegów, i na ostrych podjazdach ma się wrażenie, że za chwilę będzie przymusowy postój, albo wręcz maszyna zacznie staczać się po swym śladzie w tył.

Te najwyższe przełęcze pokonywaliśmy w iście majestatycznym stylu, miejscami osiągając zawrotne tempo 15 km/h! Taka dynamika jazdy ma swoje plusy – można się do woli rozglądać po okolicy pomimo dość znacznej ekspozycji drogi.

Moto dało radę – bo przecież to jest YAMAHA!!!

Zjazd. No cóż kilkadziesiąt kilometrów zakrętów po dość dobrym asfalcie (bo tutaj już wyremontowali trasę) to jest to co tygryski lubią najbardziej, choć nie ukrywam że słonko nas mocno wymęczyło tego dnia, a trasa od ostatniej przełęczy do głównej drogi dłużyła się niemiłosiernie! Coś ktoś popieprzył z mapą, bo odcinek kilkudziesięciu kilometrów (na mapie) wydłużył się chyba 2-3krotnie.

Obrazek

Już w kraju Kurdów, w jednym z miast przy głównej drodze na południe (kierunek Syria) zatrzymaliśmy się w celu zrobienia zakupów – jedzenie na obiad, śniadanie, woda etc.

Kupiliśmy też metalowy kubkodzbanuszek z ułamaną rączką – Pan Sprzedawca widząc, że pomimo iż na półce stały kubki z dobrą rączką wybrałem akurat ten uszkodzony, zwęszył interes i zapodał nam maksymalną cenę (jak za dobry kubek!).
Rozpoczęliśmy więc długotrwałe negocjacje cenowe, które zakończone zostały obopólnym sukcesem – my wyszliśmy ze sklepu uśmiechnięci z kubkiem z ułamaną rączką (łatwiej go schować do bagażu) w ręce, Pan pozostał za ladą trzymając w dłoni jakąś śmieszną kasę za uszkodzony kubek.

Wieczorem mocno zmęczeni całodzienną jazdą wysoko w górach w pełnym słońcu, dotarliśmy do Tekir drogą na której (oczywiście na zjazdach) Majesty pokazała „pazur”, kiedy to wyprzedzaliśmy całe kolumny aut pędziła jak pocisk po niesamowitej serpentynie. Ta trasa, te zakręty wieczorową porą to była po prostu motocyklowa rozkosz na koniec dnia!

Później to już tylko kemping z „water clima” , kolacja i kąpiel w kurdyjskiej łazience przy latarce, bo przemiły zresztą właściciel jeszcze nie podłączył światła, na piętrze swojego nowo tworzonego motelo-domu.
klanger
Świeżak
 
Posty: 16
Dołączył(a): 6/1/2010, 12:04
Lokalizacja: Poznań

Postprzez klanger » 14/1/2010, 16:24

Dzień 8 – Białe drogi, czyli szał ciał i orgia dusz

Typowa noc w krainie Kurdów, w okresie Ramadanu, wygląda w ten sposób: 4-5 rano (przed świtem) z meczetu rozchodzi się echem po górach przerażający (europejsczyka) nieco dźwięk nawoływania muzułmanów na poranne modły. Po czym nastaje cisza, którą regularnie co jakiś czas (idealnie synchronizując się z ponownym zasypianiem) przerywa pianie koguta.
Można powiedzieć, że wstawanie z kurami jest wpisane w „atrakcje” kempingu, i można albo to polubić, albo zabić koguta!
Z porannymi modłami za wiele się nie zrobi, bo uciszenie głośnika w meczecie groziłoby raczej poważnymi reperkusjami... Faktycznie, jak się jedzie do muzułmańskiego kraju trzeba szanować ich kulturę i religijne tradycje, tak jak Oni powinni u nas szanować nasze.
Czyli generalnie im bliżej natury śpimy, tym częściej jesteśmy budzeni o świcie – taka jest zasada Turcji podczas Ramadanu.
Ma to swoje plusy, bo o 6-7 rano człowiek jest już praktycznie obudzony, szybkie śniadanko, pakowanie i można ruszać w dalszą trasę.
My tego dnia mieliśmy w planie zwiedzenie jaskini, która „jest na mapie”, ale nie ma jej w przewodnikach turystycznych. Pieczara, jak to określił nasz gospodarz mieści się „za górą”.

Obrazek

Machając do dzieci właściciela kempingu ruszyliśmy „za tą górę”.
Drogowskazu kierującego do jaskini brak – nieco mnie to zdziwiło, skoro jaskinia jest na mapie, którą można kupić w Polsce – ba, nie ma nawet drogowskazu wskazującego zjazd do wiochy, w której powinna mieścić się szukana przez nas jaskinia.
Ten mały problem wynikał prawdopodobnie z faktu, iż aktualnie remontowano główną drogę i pewnie większość niepotrzebnych znaków usunięto, a nowych jeszcze nie zamontowano.
Tak czy siak udało nam się ostatecznie znaleźć wjazd do wioski, i jadąc przez coraz bardziej wiejskie kurdyjskie klimaty (co kilka metrów przeganiając przednim kołem jakiś drób) zaczynałem mieć coraz większe wątpliwości czy szukana jaskinia gdzieś tu jest oraz czy my wyjedziemy z tej wioski na skuterze...
Jadąc miejscami takimi dziurami, że amortyzatory jęczały z przepracowania, dotarliśmy w końcu (po małym zaciągnięciu lokalnego języka) do miejsca, gdzie niby miała być TA jaskinia. Teren owszem opłotowany był, ale na moje oko bardziej przypominał wiejski klub sportowy z boiskiem niż wejście do atrakcji turystycznej, jaką powinna być grota!

Obrazek

Na końcu drogi (oczywiście szutrowej) spotkaliśmy kilku chłopaków, którzy wskazując górski potok wymawiali nazwę jaskini, że niby tam jest.
OK., no to walimy w górę potoku... i co i nic. Po kilkudziesięciu metrach nie da się iść, bo rzeka zagradza ścieżkę, niby widać jakąś skałę po prawej stronie, niby jest jakaś dziura, no ale żeby od razu nazywać to jaskinią, i zaznaczać na mapie Turcji, to już lekka przesada...

Zrezygnowani zaczęliśmy się wycofywać. W między czasie lokalne chłopaki zakończyły remont czegoś co przypominało BMX’a, a najstarszy do nas podszedł i na pytanie gdzie jest jaskinia wskazał skałę przed nami. No to lekko %$#@@ mówię mu, że tam ni %$%#@# nic nie ma. On dalej swoje, że jest. Ja że nie ma, ale skoro on twierdzi, że jest (no w końcu lokalny nie?!) to żeby nam pokazał.

Obrazek

Ruszamy nieco inną ścieżką. Patrząc za siebie, na pozostawiony samotnie skuter (z blokadą, choć pewnie i tak w całości zabiorą) miałem lekkiego stracha, czy aby wycieczki nie zakończymy w autobusie.
Po około 30 minutach wspinaczki doszliśmy w końcu do wejścia jaskini. Okazało się, że pieczara jest 3 poziomowa. Wchodzi się z pierwszego poziomu, najwyższego poczym można po wielkich głazach zejść na 2 i dalej na trzeci poziom. Środkowy poziom urozmaicony jest dość dużym jeziorem, z którego wypływa rzeka spadająca na najniższy poziom i dalej na dno doliny, dokładnie tam, gdzie kilkadziesiąt minut wcześniej staliśmy!

Nasz przewodnik jest niesamowity – niczym batman przeskakuje z kamienia na kamień, a trzeba dodać, że idzie w klapkach! Magda momentami musi korzystać z pomocy chłopaka, który ją asekuruje, podaje dłoń, czasami tworzy z siebie coś na kształt balustrady i mostu, by dziewczyna mogła przeskoczyć na znacząco oddalony głaz. Generalnie bawimy się w speleologów, i to w nieco ekstremalnym wydaniu.

Obrazek

Miejsce jest niesamowite, kompletnie opuszczone przez turystów i praktycznie niedostępne bez lokalnego przewodnika (no chyba, że było się tam już kiedyś).
Jaskinia jest ogromna, wspaniała.
Wracając inną drogą, wzdłuż nowo wybudowanej elektrowni wodnej, podziwiamy widoki, i prowadzimy dość interesującą konwersację z przewodnikiem, oczywiście w języku nikomu nie znanym, czyli mieszaninie angielskiego (na poziomie OK., YES, NO), tureckiego to z jego strony, no i oczywiście polskiego. Dziwne jest to, że zarówno On, jak i My wszystko rozumiemy!

Obrazek

Na dole okazuje się, że Majesty stoi i czeka na nas grzecznie, więc podziękowaliśmy chłopakowi, pomachaliśmy i zaczęliśmy zbierać się w dalszą drogę.
Podróż o mały włos nie została nieco wstrzymana, po tym jak mi się wór transportowy ulokowany w przekroku zwalił na kluczyk w stacyjce i fantazyjnie go wykrzywił! No nie ukrywam, że zdenerwowałem się ostro, co dodatkowo spotęgowane było anielskim głosem Magdy, która stwierdziła żebym się nie denerwował i wziął wypukał kluczyk kamieniem. Nosz ciskałem piorunami, w tym momencie z tego powodu, że laska miała rację, a ja tak dałem się ponieść emocjom. Cóż, człowiek jest tylko człowiekiem i bywa, że puszczają mu nerwy – zmęczenie materiału, albo coś w ten deseń. Szczere „przepraszam” załatwiło sprawę i już siedzieliśmy na Majesty leniwie podjeżdżając pod kolejne ostre wzniesienie.

W którymś momencie dogoniłem (już z górki) jakąś ciężarówkę, na pace której kierowca wiózł taką ogromną metalową rurę (średnia spokojnie przekraczała 50 cm, długość około 5 metrów!). Rura oczywiście nie była zabezpieczona i na każdym zakręcie malowniczo i z ogromnym hukiem przetaczała się z lewej na prawą burtę ciężarówki. Sprawa wyglądała raczej nieciekawie, a jazda za takim czymś wydawała się dość niebezpieczna, więc postanowiłem wyprzedzić dziada.
Ha, i tu pojawił się problem, bo pod górkę skuter nie dawał rady (za to ciężarówka grzała ostro), a z górki Pan tak kierował, że za żadne skarby nie dało się wyminąć na górskiej serpentynie tego klamota.
Zabawa w kotka i myszkę trwała ładnych kilka kilometrów, aż w końcu na krótkim odcinku prostej, zaraz za zakrętem (z górki) udało mi się wyminąć i uciec niebezpiecznej ciężarówce.

Na przedmieściach Kahramanmaraş zatankowaliśmy Majesty, zrobiliśmy zakupy oraz zjedliśmy lunch (arbuza), którym poczęstowaliśmy również właściciela stacji benzynowej i mieszczącego się obok marketu, prawdopodobnie jego rodzinę oraz znajomych. Zrobiła się bardzo miła atmosfera – Panowie pracowali kiedyś w Niemczech i - czym się pochwalili - robili interesy z Polakami (nie wnikaliśmy w naturę tychże, bo to nie nasz interes był).

Na pytanie jaka droga jest przed nami, Panowie niejednoznacznie odpowiedzieli, ale w sumie stan miał pozwalać na jazdę na skuterze.
No cóż... pozwalał.
Tego dnia pobiliśmy nieoficjalny rekord jazdy po szutrowej nawierzchni nowo budowanych dróg – nie chcę skłamać, więc nie podam dokładnej liczby kilometrów, ale myślę, że gdzieś w okolicy 100 km przejechaliśmy po gruntówce kierując się w stronę Adryman.

Po drodze już przestałem przeklinać na tą nawierzchnię, w ogóle starałem się skupić na jeździe, bo miejscami nie było nic widać, a droga była szeroka (w każdą stronę budowano 2 pasy) więc wszystkiego można się było spodziewać (ciężarówki, wyprzedzane przez autokary turystyczne, w tym wszystkim jakieś praktycznie niewidoczne osobówki – jednym słowem, masakra!).
Zakurzeni dojechaliśmy późnym popołudniem do Adryman, gdzie udało nam się znaleźć jakiś warsztat motocyklowy – chciałem wymienić pasek napędowy na nowy, bo jakoś tak słabo ostatnimi czasy „szedł” ten skuter (co teraz mnie nie dziwi, skoro praktycznie non-stop po górach śmigaliśmy).
Paska w tym mieście nie mieli, w okolicy też nie, ale za to po rozmowie ze znajomym właściciela warsztatu – gość był zastępcą burmistrza do spraw bezpieczeństwa, albo coś w tym stylu, ale co ważniejsze gadał po angielsku – dostaliśmy namiar na autoryzowany serwis YAMAHA, który mieścił się w Sanliurfa.

Dodatkowo Panowie uświadomili nas, że właśnie jest sobota i do poniedziałku i tak nic nie załatwimy, więc lepiej jak sobie w okolicy wypoczniemy i pozwiedzamy ciekawe miejsca, a w poniedziałek udamy się do serwisu Yamahy.

Obrazek

Po zakupach ruszyliśmy dalej na wschód w stronę góry Nemrut, na zboczach której znaleźliśmy zupełnie przypadkiem bardzo fajny kemping. Gdyby się ktoś tam wybierał, to warto wspomnieć, że na lokalnej drodze we wioskach zbudowano bardzo fantazyjne „śpiące policjanty”, które zasypane piaskiem i inną materią rodem z obory są kompletnie nie widoczne! O ich istnieniu dowiedziałem się dość boleśnie... waląc z całej siły obudową silnika w wypukły asfalt...

Tego dnia zasypialiśmy na kempingu z widokiem na Eufrat!!!
klanger
Świeżak
 
Posty: 16
Dołączył(a): 6/1/2010, 12:04
Lokalizacja: Poznań

Postprzez kronos34 » 17/1/2010, 21:33

:) Wielki szacun dla twojej osoby za tak wspaniałą wyprawę i jej opis.
I to tego wszystko na skuterze, jak widać i tak można ....Moze byście się skusili na wizytę na Burgmanii tam spotkasz miłośników max skuterów.? :wink:
Kymco Agility City 125cc
Avatar użytkownika
kronos34
Świeżak
 
Posty: 12
Dołączył(a): 8/3/2009, 19:55
Lokalizacja: Radom

Postprzez klanger » 17/1/2010, 22:37

Wielki szacun dla twojej osoby za tak wspaniałą wyprawę i jej opis.
I to tego wszystko na skuterze, jak widać i tak można ....Moze byście się skusili na wizytę na Burgmanii tam spotkasz miłośników max skuterów.?


Dzięki za miłe słowa!

Co do "wielkiego szacunu" - raczej o sobie tak nie myślę... ostatecznie, każda "wyprawa" składa się z małych wycieczek (kilku set kilometrowych), a te przecież można nawet na rowerze przejechać ;)

Ja się cieszę, że cali i zdrowi wróciliśmy do domu - no i pełni niezapomnianych wrażeń - Turcja warta jest swojej ceny!

Co do Burgmani... dzięki za zaproszenie... jak masz możliwość to zalinkuj tam ten wątek ;)
klanger
Świeżak
 
Posty: 16
Dołączył(a): 6/1/2010, 12:04
Lokalizacja: Poznań

Postprzez drat_wa » 20/1/2010, 12:19

Gratuluję wyprawy.
Mógłbyś napisać coś więcej o czasie trwania wycieczki, miesiącu w jakim pojechałeś oraz o temperaturze jaka panowała. Nie ukrywam że interesuje mnie także łączny koszt oraz średnie ceny noclegu.
Dopytuję się ponieważ chciałbym wybrać się do Turcji pod koniec sierpnia lub na początku września i jestem na etapie planowania trasy itp.
drat_wa
Świeżak
 
Posty: 70
Dołączył(a): 3/6/2007, 18:21

Postprzez klanger » 20/1/2010, 16:55

Chyba większość info znajdziesz pod tym linkiem http://www.scigacz.pl/Skuterem,do,Turcji,czyli,gdzie,diabel,nie,moze,11792x3.html (otwórz link)

A w skrócie...
W Turcji byliśmy w drugiej połowie sierpnia. Ani razu nie padało i to na całej trasie - nic, zero deszczu!
Co do temperatur... były wakacyjne, ogólnie było ciepło.

Sprawa jest nieco bardziej zakręcona jeśli chodzi o góry, bo tam im wyżej tym chłodniej, a w nocy to już zimnawo bywało.
Na południu Turcji natomiast - co nie jest znowu aż takie odkrywcze - było zdecydowanie cieplej (również w nocy).
My pomimo ciepła jeździliśmy zawsze w "długim rękawie", by ograniczyć dostęp promieni słonecznych.

Co do cen noclegów, to mało mogę powiedzieć... hotel w Bułgarii na granicy kosztował nas (dla 2 osób) 15 euro, ale kemping na Węgrzech, przy granicy z Serbią 25 euro za bungalow.
W Turcji spaliśmy tylko i wyłącznie "u ludzi na posesji" (za free), na kempingach (tutaj ceny różne za namiot, od 5 euro do 15 euro - w Gerome, ale za to z basensem ;D) i na stacjach bezynowych (za free).

Paliwo jest drogie w Turcji - ok. 7 pln/L.
Jedzenie w podobnej cenie co u nas (coś taniej, coś drożej), w knajpach rożnie - jak to w knajpach ;) - myślę, że średnio za 35-40 pln najedzą się 2 osoby do syta.
Ceny wejść do muzeów - droższe niż u nas, ale w normie europejskiej, jednak warto wydać na to kasę - bezcenne wrażenia i wspomnienia!
Wiza - 10 euro/osoba. Trzeba mieć zieloną kartę, warto mieć prawojazdy międzynarodowe.
Autostrady w Turcji tanie - 60 pln wystarczy niemal na każdy kilometr tego typu trasy.
W Serbii - drogie, odcinki o ile dobrze pamietam po 7/8 euro, a w sumie trasa ta autostradą jest od Belgradu do Niz'u.
Na Węgrzech trzeba wykupić winietę na motocykl - na 4 dni min., koszt coś około 1400 forintów, czyli tyle co doba na kempingu dla 2 osób.

Termin sierpień-wrzesień jest dobry - im bliżej sierpnia tym (teoretycznie) pewniejsza pogoda po drodze (Czechy, Słowacja, Węgry, Serbia, Bułgaria)... Trochę tego jechania jest, a wiadomo milej się jedzie "na sucho", szczególnie jak planujesz podróż z pasażerem ;)

Co do trasy - wszystko zależy od ilości wolnego... dziś jadąc na pewno nie planowałbym objazdówki (przynajmniej, nie jak na miejscu jest się zaledwie 7-10 dni). Myślę, że lepiej jest podzielić sobie Turcję na rejony, i po troszku zwiedzać, za to dokładniej.
Do wschodnej Turcji można dopłynąć promem z Istambułu (chyba też z Odessy). Do centralnej Turcji (rejon Ankary) dojedziesz autostardą w 3 dni z Polski (po mniej więcej 1000 dziennie). Zachód jest wiadomo, najbliżej, w sumie 2 dni i jesteś w Turcji (może nawet szybciej, ale do przejechania jest bite 2000km).
Podział wyprawy na kilka etapy ma sens również z innego powodu - każdy z tych rejonów jest inny. Zachód bardziej grecki, środek arabski, a wschód kaukaski - tak najprościej mówiąc.

Gdybyś miał jakieś pytania, to wal śmiało na PM lub tutaj,

pozdrawiam, klanger
klanger
Świeżak
 
Posty: 16
Dołączył(a): 6/1/2010, 12:04
Lokalizacja: Poznań

Postprzez kronos34 » 20/1/2010, 17:40

http://www.burgmania.net/forum/index.php?showtopic=9188 (otwórz link) :)
Zapraszam cię na nasze forum tam masz szczegóły Burgmanii 2010
Jestem też zwolennikiem takich wypraw w nieznanie jak twoja. Choć w naszym kraju tez mamy wiele wspaniałych miejsc wartych zobaczenia i zwiedzenia.
Kymco Agility City 125cc
Avatar użytkownika
kronos34
Świeżak
 
Posty: 12
Dołączył(a): 8/3/2009, 19:55
Lokalizacja: Radom



Powrót do Turystyka motocyklowa



Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 0 gości




na gr